Antrakt

Rolled Magazines
 

w tym wydaniu:

* W podskokach przez listopad - wstępniak Jacka Westera

Duże wyzwania i drobne przyjemności Mai Gadzińskiej - z Mają Gadzińską rozmawiała Sylwia Firańska

Sylwestrowa rozrywka polsko - włoska - z Bernardem Szycem rozmawiała Sylwia Firańska

* Jazz i Pendolino - felieton Andrzeja Śledzia

* Ł - jak łączność 

 
IMG_1251.JPG

W podskokach przez listopad

Listopad to chyba najtrudniejszy miesiąc do przetrwania. Już jego pierwszy dzień budzi refleksję i wspomnienia tych, którzy odeszli. Po zmianie czasu dzień staje się krótszy, słońca z dnia na dzień ubywa a niebo coraz częściej płacze deszczem nad smutkami świata. I oto w takiej późnojesiennej aurze przychodzi do nas pożegnanie. Pożegnanie, które miało się odbyć już dawno, odwlekane przez pandemiczne obostrzenia i następujące kolejne lockdowny. Z afisza schodzi „Gost” – musicalowa wersja „Uwierz w ducha”. Spektakl, który wyciskał łzy wzruszenia u niejednego wrażliwego widza. Może to akurat odpowiedni dla niego czas na pożegnanie i odejście w podskokach. Bo każde pożegnanie jest smutne, a w całym roku nie ma bardziej smutnego miesiąca niż listopad. Tak więc chwila zadumy nad ostatnim już setem przedstawień tego tytułu znajdzie odpowiedni dla siebie nastrój listopadowych dni. Zespół po długim „odpoczynku” od tego tytułu już ćwiczy na sali baletowej swoje choreograficzne podskoki, żeby pożegnanie było jak najbardziej godne.

Tymczasem po intensywnych próbach do najnowszej premiery i wprowadzaniu kolejnych obsad do „Mistrza i Małgorzaty” przystąpiliśmy do wartkich prób „Koncertu sylwestrowego”. To także stanowi coroczny listopadowy rytuał. Czasu jak zwykle mamy niewiele i zdaje się on biec zbyt szybko a numerów do nauczenia ogrom. Powstają choreografie, których opracowaniem zajął się sztab wypróbowanych twórców. W zaciszu pracowni powstają kostiumy, dopięty jest już scenariusz i reżyser (Bernard Szyc) rozdzielił już aktorom zadania. W tym roku sylwestrowa rewia składać się będzie z piosenek lat 80. (akt I) i reprezentacji przebogatej oferty włoskiej kultury muzyki rozrywkowej. Zapowiada się barwne i wesołe show, które będzie nie tylko nostalgicznym powrotem do przeszłości, ale również będzie skrzyć się dowcipem i zachwycać muzyką w nowych, nierzadko zaskakujących aranżacjach. Zobaczymy i usłyszymy więc piosenki dobrze znane, których po prostu nie może zabraknąć oraz kilka specjalnie wygrzebanych „wykopalisk”. Tak więc listopad to nie tylko smutki krótkich deszczowych dni i pożegnań. To także radość tworzenia i codzienny wysiłek, żeby z końcem grudnia dać naszej publiczności trochę uśmiechu, dobrej zabawy i wytchnienia od codziennych trosk coraz trudniejszej rzeczywistości. Karnawałowy styczeń dostanie zatem koncerty, które nasza publiczność kocha i wykupuje już na nie bilety. A my cieszymy się na te nadchodzące spotkania. Życzymy Wam dużo uśmiechu i nadziei. Ćwiczymy więc nasze podskoki, żeby przepędzić listopadowe smuteczki. Niebawem dnia zacznie przybywać, a jak mówi stare przysłowie „na Nowy Rok na barani skok”.


                                                                  Jacek Wester

IMG_4026.jpg

Duże wyzwania i drobne przyjemności Mai Gadzińskiej

Czołowy reżyser polskiego musicalu zauważył w niej „coś”, co procentuje do dziś. Od kreacji  Anioła w „Chłopach” Maja Gadzińska nie schodzi z gdyńskiej sceny. Pojawia się w kolejnych rolach, sesjach zdjęciowych, wywiadach, dyskusjach krytyków i miłośników musicalu. Świat muzyczny interesuje się nią bez przerwy. Daje temu światu, najwięcej, ile może, czasem tylko zamykając się w domu z kocem, piernikową świecą i kawą z cynamonem.


Debiutowałaś na studiach rolą Anioła w „Chłopach”. Ujęłaś Publiczność i krytyków tą świeżością, nieśmiałością... Na ile była to kreacja, na ile emocje debiutantki? Czy coś z tego onieśmielenia jest wciąż w Tobie?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo z jednej strony nie da się ukryć, że te emocje „świeżaka” musiały w tamtym czasie we mnie być, a z drugiej strony spektakle Wojtka Kościelniaka to wspaniale przygotowane i zaplanowane dzieła, w których nie ma miejsca na przypadkowe emocje. Wszystko wywodzi się z określonej myśli i wizji reżysera, którą w takim samym stopniu starałam się realizować wtedy, jak i dzisiaj. Ale rozumiem o co pytasz. Jakiś czas temu bliska osoba wybrała się po kilku latach ponownie na „Chłopów” i wiedząc, jak prywatnie zmieniłam się i dojrzałam w tym czasie sądziła, że już nie będę pasować do tej roli tak samo jak na początku. Po spektaklu odwołała wszystko, co mówiła.


Jakie to uczucie - od ośmiu lat być na fali wznoszącej? Właściwie nie ma musicalu, w którym byś nie uczestniczyła, często obsadzając główną rolę w nie lada tytułach?

Zupełnie tak tego nie postrzegam. Każdy rok, sezon i tytuł to nowe wyzwanie i praca od zera. Bardzo się cieszę, że mogę zdobywać doświadczenie i staram się jak najlepiej wykorzystać czas na scenie, który jest mi dany, bo mam świadomość, że kiedyś z tej sceny trzeba będzie zejść.


Młoda aktorka mówiąca już o schodzeniu ze sceny? Kiedy należy z niej zejść?

To sprawa indywidualna. Dużo zależy od zdrowia, kondycji, ale także od tego, czy jest się jeszcze obsadzanym. Kiedy przyjdzie ten czas zdam się na intuicję. Do tej pory jeszcze mnie nie zawiodła.


Wśród zachwytów nie brak krytyki. Bywałaś nazywana np. „wszędzie jednakowo nijaką”. Jak przyjmujesz takie słowa?

Cóż... nie da się zadowolić wszystkich, prawda? Zupełnie nie przejmuję się krytyką, zwłaszcza tą niekonstruktywną. Co mam zrobić z taką informacją? Jak mam być „jakaś”? Pracuję tak ciężko, jak tylko mogę, staram się, żeby każda emocja na scenie była prawdziwa, niejednokrotnie po policzkach płyną mi najprawdziwsze łzy i nie rozumiem, jak to może być „nijakie”. Rozumiem, że nie każdemu może odpowiadać moja ekspresja, sposób kreowania i prowadzenia postaci. Przyjmuję to. W przebiegu prób muszę przede wszystkim dostosować się do metod pracy i wizji reżysera i to jego uwagi biorę sobie w pierwszej kolejności do serca.


Jeszcze kilka lat temu mówiłaś, że w Gdyni jest Ci dobrze i nigdzie się nie wybierasz, mimo wielu ofert z innych teatrów. Jednak nawet praca na etacie stwarza możliwości gry gościnnej w innych instytucjach. Wciąż Cię do tego nie ciągnie? Musical ostatnio bardzo rozwija się w Polsce, a Tobą interesują się Fani, media...

W 2019 roku miałam okazję wyjechać na zaproszenie Wojciecha Kościelniaka do Wrocławia, aby wziąć udział w Galowym Koncercie Przeglądu Piosenki Aktorskiej i niezwykle cenię sobie to doświadczenie. Mogłam stanąć na jednej scenie z ludźmi, których podziwiałam od wielu lat, czerpać z ich doświadczeń, wykreować z nimi coś niezwykłego. Pod tym względem tzw. wyjazdy gościnne stwarzają możliwości, które nie zawsze się ma, kiedy zakorzenisz się w jednym miejscu. Chciałabym znów móc mieć okazję złapania oddechu i doświadczenia nowej energii gdzieś indziej, ale póki co nie narzekam - w Gdyni jest mi dobrze, wyzwań mi nie brakuje.


Trzy lata temu twierdziłaś, że aktor musicalowy jest w Polsce artystą drugiej kategorii. Czy coś się w tej kwestii zmieniło?

Parę lat temu doświadczyłam sytuacji, kiedy reżyser produkcji nie chciał mnie przesłuchać, ponieważ nie ukończyłam wyższej szkoły teatralnej. Zrobił to dopiero po namowach kierowniczki muzycznej i wiem, że po przesłuchaniu zmienił o mnie zdanie. Jak zauważyłaś wcześniej, musical w Polsce bardzo się rozwija, od aktorów musicalowych wymaga się coraz szerszego wachlarza umiejętności i myślę, że konsekwentnie udowadniamy, że nie jesteśmy gorsi.

Największa nagroda za dobrze wykonaną pracę...?

Reakcja publiczności. I energia, która do nas wraca, dobre słowo, czasem kwiaty albo drobny upominek od Widza. Taki gest bardzo porusza.

W mnogości Twoich ról pytanie o ulubioną staje się sztampowe, więc może przekornie - istnieje taka, której po prostu nie lubiłaś?

Staram się lubić wszystkie moje role, bo myślę, że bez tego nie ma sensu wychodzić na scenę. Ale przyznaję, że były spektakle, które ciężko mi się grało. Presja i odpowiedzialność były ogromne, a możliwości, żeby porwać publikę niewielkie. To sytuacja, w której dajesz z siebie więcej energii niż jej dostajesz. Takim spektaklem był dla mnie niestety „Cud albo Krakowiaki i Górale”, chociaż same postacie i role, które tam grałam bardzo lubiłam.

Mamy jesień, krótkie dni, chandrę... jakieś autorskie pomysły, jak sobie z nią radzić?

A może jesteś jesieniarą?

Uwielbiam sprawiać sobie drobne przyjemności. Usiąść na kanapie pod milusim kocem, wypić kakao albo kawę z cynamonem, odpalić świecę o zapachu pierników, wziąć gorącą kąpiel ze wszelkiego rodzaju olejkami zapachowymi... Wyłączam wtedy wszystkie urządzenia i napawam się ciszą. Kiedy za oknem szaro i ponuro, trzeba sobie pozwolić na odrobinę relaksu i czas tylko dla siebie. Nie ma w tym nic złego, jeśli czasem trochę zwolnimy i zapomnimy o Bożym świecie.


Rozmawiała

Sylwia Firańska-Drzymalska

Fot. Joanna Ogórek 

81491683_3304038312946392_7838736612837031936_n.jpeg

Sylwestrowa rozrywka polsko - włoska

Z Bernardem Szycem rozmawia Sylwia Firańska-Drzymalska


Dlaczego Italia i lata 80-te?

To realizacja programu koncertów powstałego dzięki ankiecie przeprowadzonej wśród naszych Widzów. Dzięki niej dowiedzieliśmy się, co powinniśmy przygotowywać dla Publiczności. Daliśmy już rewie „60&Latino”, „70&France”, a teraz „80&Italiano”. Pierwsza część to znane nam wszystkim polskie przeboje, a druga – zagraniczne.


Dlaczego zawsze jest część polska i zagraniczna?

Tak jest ciekawiej. Daje to większą możliwość budowania nastroju u emocji, a jednocześnie każda część jest tematycznie i estetycznie spójna. Widzowie mogą bezpośrednio konfrontować twórczość rodzimą z zewnętrzną.

Skoro Italia to jakie hity?

Italia – Włochy to niezwykle bogata kultura. Zakres programu będzie więc bardzo szeroki – od S. Vivaldiego do Maneskina! Nie zabraknie znanych i lubianych przebojów z San Remo, zagramy m. in.: „Azzurro”, „Quando quando quando”, „Come prima”, „Mamma Maria”. Pojawi się też L. Pavarotti, E. Ramazzotti i wiele innych wspaniałych wykonań.


Który koncert sylwestrowy jest Pana ulubionym?

Wszystkie. To ogrom wspomnień związanych z wymyślaniem koncertów, ich realizacją a potem graniem, spotkaniami z Publicznością, dzieleniem się wrażeniami, refleksjami. Fajna teatralna przygoda.

Publiczność na koncertach zazwyczaj jest bardziej żywiołowa niż na spektaklach.


Zdarzają się zabawne reakcje?

Mamy to szczęście, że reakcje od początku są bardzo spontaniczne i gorące. Ta cudowna energia zwrotna podnosi za kulisami napięcie - w najlepszym tych słów znaczeniu.

IMG_8350.jpg

Jazz i Pendolino

Cały ten jazz

znów za kurtyną się zaczyna.

Znajomy ton,

kolejne show must go on.

Porywa nas musicalowe

Pendolino.

Zamykać drzwi!

Podróż zaczyna się i…


I czy wyjątek, czy reguła to,

że śpiewamy Tu.

Wieczór wrażeń się szykuje

po ciężkim dniu.

Ekspres roztańczony

z widzem rozbawionym

mknie po partyturze

przez kolejne strony…


Dzień po dniu przebrnęliśmy przez wrzesień z premierową odsłoną nowego tytułu. Październikowy festiwal wznowień naszych repertuarowych hitów, uśpionych na dłużej przez kolejne lockdown’y też mamy już za sobą. Wreszcie listopad z tradycyjną nutką zadumy nad tymi, którzy na zawsze zeszli ze sceny. Sezon toczy się nieprzerwanie. Widownia znów przypomina tę sprzed kilku lat. Czy na długo? Na próżno by szukać odpowiedzi nawet u najstarszych Kaszubów. Oto czego nauczyły nas ostanie dwa lata. Cieszmy się tym co jest! Porzućmy wizję niejasnej przyszłości. Zostawmy za sobą przeszłość. Korzystajmy z faktu, że teatr stoi otworem. Przyjrzyjmy się jego repertuarowym propozycjom. Tych jak zwykle w gdyńskim Muzycznym nie brakuje. Bez względu na okoliczności przyrody stałe punkty repertuaru już w przygotowaniu. Rosną apetyty i nadzieje. Zakładamy, że tym razem uda nam się ogarnąć sylwestrowe klimaty z Waszym udziałem na żywo. Trochę żałujemy, ale podobnie jak w Pendolino nasz „Musical ekspres” wciąż objęty bywa całkowitą rezerwacją miejsc. Gratulujemy więc tym którzy swój bilet już mają. Gorąco zachęcamy też pozostałych, którym tym razem się nie poszczęściło do podjęcia kolejnej próby za rok. Spośród pozostających na peronie szczególnie namawiamy na teatr „eksplorerów” wirtualnych światów, tak mocno zajętych pielęgnowaniem kontaktów towarzyskich za pomocą ciekłokrystalicznego ekranu. Dawne spotkania  face to face już dawno zmieniły im się w Facebook to Facebook dając niejasne poczucie tzw. rzeczywistości. No i co? Pociąg ruszył a wy „smartfonofile” zostaliście na peronie i oglądacie tylne światła ostatniego wagonu. Nie ma sensu dłużej garbić się nad ekranikiem, bo w końcu wszystkie pociągi wam uciekną. Ruszajcie do kas po bilety! Jutro też gramy! Mogę Wam wszystkim obiecać niezapomniane spotkania z czarującą ekipą profesjonalistów, którzy przez ostatnie miesiące ciężko pracowali nad powrotem do szczytowej formy po pandemicznym zastoju. Dowodem  niech będzie chociażby temat musicalowego przekładu Mistrza i Małgorzaty, z którego artyści muzycznego zrobili aktorski majstersztyk. Potwierdzają to Ci, którzy już z nami podróżowali. Tymczasem jutro znów ruszamy w podróż o tej samej porze, z tego samego  peronu. Skoro masz obawy, że nie zdążysz z zakupem biletu kup go przez Internet.

Adres: muzyczny.org

I pamiętaj: to dla Ciebie cały ten jazz!        


OdJAZZd!


Andrzej Śledź

 
image0.jpeg

Ł – JAK ŁĄCZNOŚĆ

No i trafiło się nam hasło wielopłaszczyznowe i wieloznaczne. Zatem po kolei. W tak dużym budynku, jakim jest nasz teatr, dobra łączność jest potrzebna nie tylko ze względu na wygodę (bez łączności trzeba by biegać za każdą sprawą od piwnic po dach) ale też bezpieczeństwo i przede wszystkim w celu zapewnienia sprawnej obsługi prób i spektakli. O ile biura i pracownie mogą się z sobą łączyć za pomocą tradycyjnej telefonii kablowej lub nowoczesnej komórkowej, o tyle w trakcie prób i spektakli potrzebna jest łączność „masowa”. Zapewnia ją tak zwany intercom, czyli wewnętrzny system komunikacji zbiorowej. Składa się on

z kilku stanowisk zaopatrzonych w elektroniczne centrale oraz system głośników rozmieszczonych

w niemal wszystkich pomieszczeniach teatru. Służy on do nadawania komunikatów skierowanych do zespołu artystycznego oraz obsługi spektakli oraz do ciągłego „podsłuchu” akcji na scenie. Z „centrów nadawczych” korzystają przede wszystkim inspicjenci, którzy zapowiadają rozpoczęcie spektaklu, wołają aktorów do poszczególnych scen, przypominają garderobianym o mających nastąpić szybkich przebiórkach, a w sytuacjach awaryjnych wydają niezbędne instrukcje (np. „na scenie stłukła się szklanka – proszę uważać na rozbite szkło” albo „mamy awarię windy – proszę uwzględnić czas drogi na scenę”). Z intercomu korzysta również akustyk obsługujący mikroporty i w przypadku ich nieprawidłowego działania wzywa do swego stanowiska „zepsutego aktora”.  Intercom działa tylko w jedną stronę (jest jedynie nadajnikiem) ale nie raz, zwłaszcza w garderobach, jesteśmy świadkami prowadzonych z inspicjentem dowcipnych dialogów, których inspicjent wszakże słyszeć nie może (np. „Do sceny balu proszę na scenę. – Powtórz – Powtarzam, do sceny balu wszyscy na scenę). Prowadzący spektakl inspicjent z obsługą sceny porozumiewa się za pomocą obustronnej łączności radiowej. Tędy płyną komunikaty dotyczące zmiany dekoracji płaskich i zawieszonych na sztankietach oraz prośby o nagłą pomoc, gdy coś w obrębie sceny nie zadziała należycie. Łączność teatru z widzami to nie tylko plakat, afisz i rozklejany w różnych częściach miasta repertuar. Dziś mamy przecież media społecznościowe, gdzie nasi widzowie mogą wchodzić z teatrem w interakcje. Mamy też od nastu już lat nasz Antrakt, w którym właśnie pisze o łączności. Jednak istotą teatralnej łączności jest relacja widz – scena. To rodzaj magii, w której aktorzy nawiązują swoistą więź z widzami. Magia ta nie potrzebuje żadnej elektroniki i jest zależna li tylko od artyzmu widowiska. Aktorzy na co dzień uprawiają swoisty rodzaj łączności między sobą. Potrafią nadawać na „jednych falach”, porozumiewać się wzrokowo lub za pomocą gestów. Czasem łączność ta przenosi się na grunt prywatny, bywa mocno zażyła i kultywowana przy „procentowym eliksirze łączności”. Elektronika bywa zawodna. Gdy następuje awaria intercomu powstaje lekka panika i wszystkim ostro wyczulają się zmysły i intuicja. Spektakl idzie dalej i raczej nikt na scenę się nie spóźnia. Wszyscy wzajemnie informują się o bieżącej akcji na scenie. Ale taka utrata łączności jest stosunkowo niegroźna. Najgorzej, gdy traci się osobistą łączność ze światem albo gdy komuś jakiś ktoś zamontuje w głowie osobisty intercom do odbioru komunikatów nieznanego pochodzenia… Nikomu tego nie życzymy, bo nie znamy się na tego rodzaju łączności (a raczej jej zerwaniu) i pomóc nie bardzo możemy.

Pozostający w łączności ze światem i samym sobą – Jacek Wester