Antrakt

Rolled Magazines
 

życie teatralne

w tym wydaniu:

• Wiosna panie kochany! - wstępniak Jacka Westera

• On i Asystent - felieton Andrzeja Śledzia

Pewnych rzeczy nie musimy sobie tłumaczyć - Jakub Szydłowski w rozmowie z Jackiem Westerem

• Aktorstwo kocha, inaczej by się w to nie bawił - Maciej Podgórzak w rozmowie z Sylwią Firańską

 Na hasło wiosna - felieton Andrzeja Śledzia

Alfabet Teatru Muzycznego - G jak granie

 

Wiosna panie kochany!

Od pewnego czasu na wieczorne próby i spektakle wchodzimy do teatru jeszcze za dnia. Kto by pomyślał? Dzień kilka chwil zaledwie dłuższy, a duch jakby nowy w ludzi wstąpił. No po prostu się chce. Chce się i już. Nie to, żeby się wcześniej nie chciało, ale teraz jakby tak bardziej i jakby po nowemu. Bo z wiosną to i w budynku nowości. Oczywiście „Księgę Dżungli” można by zrobić i na jesieni, i w zimie (no latem to raczej ciepło i nikt nie cieszyłby się na granie w futrze), ale po co, skoro najlepiej jest grać właśnie wiosną. Na korytarzach kolorowo. Co to za zwierzaki pobudziły się z zimowego snu? Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy pobudziły. Może raczej pokonały bariery, granice, morza, lasy, góry, żeby zawładnąć naszym teatrem. Wesoło jest od tej wiosennej „kolorowości”. Tu jakiś wilk zawyje, tam rozedrze się jakaś małpa (jak to małpa) i już jest śmiech. Udziela się on wszystkim, którzy krzątają się wokół premiery. Scenografia już stoi, światło jeszcze się robi. Kostiumy są już drugą skórą (a raczej futrem) aktorów. Jest pięknie. W powietrzu wyczuwa się atmosferę finiszu. Ale nie jest wcale nerwowo. Raczej króluje śmiech…

Potrzeba nam tego śmiechu. Zwłaszcza po ostatnich smutnych wydarzeniach, kiedy to z bólem żegnaliśmy naszego dawnego dyrektora i reżysera granego wciąż Skrzypka, oraz kolegę, który przez wiele, wiele lat dzielił się z nami swoją życiową mądrością nie tylko jako Rebe z Anatewki. To niepowetowana strata dla naszej teatralnej rodziny – dla nas i dla widzów, którzy już nigdy… Nigdy… Może gdzieś tam na górze odbywają się już próby do „Skrzypka”. Zebrała się już tam niemała obsada, a i spektakl miałby kto poprowadzić… Może więc w tym smutku jest jednak jakaś nadzieja…? Ale, pomimo bólu, trzeba żyć dalej. Smutek nie może zbyt długo gościć w teatrze, do którego co wieczór przychodzi ponad tysiąc widzów spragnionych dobrej rozrywki. Zostawiamy więc swój ból w garderobach wraz z prywatnymi ciuchami, zakładamy kostiumy i… żyjemy. Żyjemy i wiosnę garściami chwytamy. Bo wiosnę już czuć paniusiu najdroższa. I uśmiech już jest, i energia nowa. Bo tam za kurtyną już siedzą widzowie. Bo już za chwilę się zacznie. Bo przecież to wszystko dla nich. Dla PUBLICZNOŚCI. To przecież w teatrze sens podstawowy. No bo przecież gdyby nie Oni… nie WY… Bez Was nie byłoby żadnego sensu. Jest teatr, ale bez widzów to tylko puste miejsce. Dlatego gdy się tak nad tym zastanowić, gdy się zadumać nawet, albo zamyślić odrobinę, czy nawet w porywie desperacji „zabić sobie klina”, to musi przyjść jedyna słuszna refleksja, jedyna konkluzja i prawda objawiona, że… mamy najlepszy i najprawdziwszy slogan reklamowy:

TEATR MUZYCZNY

– TO DLA WAS GRAMY!


Jacek Wester

On i Asystent

Asystowanie reżyserowi w tym konkretnym przypadku nie miało nic wspólnego z przynoszeniem mu kolejnych szklanek herbaty. Reżyser otwierał swój warsztat pozwalając nam do niego wejść i poznawać narzędzia którymi tak wspaniale operował na scenie. Chętnie zdradzał tajemnice reżyserskiego rzemiosła. Dzielił się swoim talentem. Przy tym wszystkim nie wstydził się swoich emocji. Gdy scena, nad którą pracowaliśmy, wyciskała łzy z oczu to i On nie ukrywał wzruszenia. Często wchodził w historię całym sobą dając wyraz swojej wielkiej pasji. Asystent był dla niego pierwszym sprawdzianem reżyserskich wyborów na scenie. Reżyser stawiał pytania. Chętnie przeglądał się w opinii otoczenia, a przecież najbliższe otoczenie stanowili właśnie asystenci. Jego sformułowania nie brzmiały jednoznacznie w rodzaju: „To jest dobre”, zamieniał je w formę pytania „Czy to jest dobre?” Oczekiwał informacji zwrotnej na temat stworzonego przez siebie obrazu. Przyglądanie się artyście przy pracy z tak bliska było pasjonującym zajęciem. To był facet nabuzowany emocjami. Czasem nimi aż kipiał. Nigdy nie była to tylko przysłowiowa para w gwizdek, bo zawsze umiejętnie rozsyłał tę parę we właściwe miejsca. Dzielił się również swoją wrażliwością na świat jaki go otaczał. Nie pozostawał bezrefleksyjny na zjawiska przyrody. Cieszył się zachodem słońca na Półwyspie. Podziwiał morze, obserwował  ptaki i z pasją o tym opowiadał. Wszystko to zapewne miało wpływ na jakość jego artystycznych uniesień. Kreowało go jako wrażliwego człowieka. To fantastyczne jak szybko uczył się musicalu. W 1989 roku wspólnie układaliśmy puzzle w gigantycznym przedsięwzięciu pt. „Les Miserables”. On już zdawał się być w tej materii mistrzem. Świetnie poruszał się po drugim i trzecim planie sceny, nie przegapiając nikogo i niczego. Przedstawienie nabierało efektu trójwymiarowości. Powstał obraz jedyny w swoim rodzaju. W pełni nasycony emocjami artystów-wykonawców, który jak dotąd nie doczekał się w Polsce konkurencji. To my - reżyser i ja - jako pierwsi i jedyni na świecie wprowadziliśmy na barykadę flagę we francuskich barwach narodowych. Byliśmy  z tego dumni. Dlaczego? Bo natchnął nas do tego czerwiec i koniec pewnej epoki w naszym kraju towarzyszący premierze „Les Miserables”. W czerwcu minie 31 lat a ja z wielkim wzruszeniem przywołuję tamte emocje. Dumny jestem z tego, że co rano o 10 mogłem uścisnąć dłoń tego człowieka. Człowieka, który pchnął teatr telewizji nową drogą pokazując „Rewizora”, „Eryka XIV” czy „Romea i Julię”. To te tytuły zrodziły we mnie samym potrzebę przyjrzenia się teatrowi z bliska. Jeszcze wtedy nie miałem pojęcia, że się kiedyś spotkamy. Nasza zawodowa znajomość trwała blisko 10 lat. Szkoda, że tak krótko. Ten człowiek przysporzył Wybrzeżu wiele dobrego, kreując Broadway nad  Bałtykiem. Na długo pozostawił ślad w naszych umysłach i sercach. Poznałem człowieka, poznałem pasjonata, poznałem reżysera. I wiecie co - mówcie co chcecie, bo każdy postrzegał go z innej perspektywy zapominając o tym kim był naprawdę. Dla mnie Jerzy Gruza zawsze będzie wielkim artystą.  Szkoda, że tacy ludzie odchodzą – zawodowo bezpotomnie.


Andrzej Śledź

  

PS. Całkiem niedawno odszedł  również nasz kolega, emerytowany aktor Andrzej Popiel. Swoje lata poświęcił między innymi  Teatrowi Muzycznemu. Jako ostatnia przypadła mu w udziale rola  rabina w musicalu „Skrzypek na Dachu” w reżyserii Jerzego Gruzy (premiera 2008).  Niepohamowany gawędziarz. Kolekcjoner teatralnych anegdot. Z pasją jeździł na rowerze i grywał w tenisa. Jego przeciwnikiem na korcie bywał również Jerzy Gruza…

Pewnych rzeczy nie musimy sobie tłumaczyć

Jakub Szydłowski – urodzony w Szczecinie. Absolwent Policealnego Studium Wokalno - Aktorskiego im. D. Baduszkowej w Gdyni. Aktor musicalowy i dubbingowy. Reżyser wielu spektakli
i koncertów muzycznych. Od tego sezonu zastępca dyrektora do spraw artystycznych
w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Z reżyserem gdyńskiej wersji „Księgi Dżungli” rozmawia Jacek Wester.


J.W. – Jesteś absolwentem naszej szkoły. Rocznik 2000. Twoim dyplomem był?...


J.S. – „Hair” i rola Bukowskiego. To było niesamowite przeżycie już na początku aktorskiej drogi. Spotkanie z Wojtkiem Kościelniakiem, młodym ale wybitnym reżyserem odcisnęło znaczące piętno w pierwszych moich działaniach na scenie. Zagrałem również w „Śnie Nocy Letniej” i niebawem poszedłem za Wojtkiem do Wrocławia, gdy obejmował dyrekcję w Capitolu.


 – Rzeczywiście miałeś start
z przytupem. Za Bukowskiego dostałeś nagrodę za debiut roku. No i zaczęło się kręcić. Wrocław, Gdynia, Warszawa. Dużo tego było. Nadążałeś
z przepakowywaniem walizki?

 – Jakoś nadążałem i nawet mi się to podobało. Przynajmniej przez pierwsze 3-4 lata. Ale wreszcie przyszedł czas, że postanowiłem się uspokoić. Gdzieś przecież trzeba puścić korzenie, założyć rodzinę. Wypadło na Warszawę, bo tam akurat były najbardziej dla mnie sprzyjające warunki. Grałem w teatrze Roma. Jak wiesz, tam jak wejdzie jakiś tytuł jest grany bez przerwy aż do wyeksploatowania. Zajęte są w zasadzie wieczory i to też nie wszystkie. Miałem więc więcej czasu dla rodziny i siebie, czas na własny rozwój.


 – I wtedy pojawił się dubbing?


– Dokładnie. To pasjonująca praca. Trzeba być skupionym
i sprawnym przed mikrofonem, bo czasu nigdy nie ma za wiele. Jednak daje to ogromną frajdę i dużo satysfakcji. Jest co prawda duża konkurencja, ale mnie udało się jakoś „trwać na stanowisku” przez wiele lat. Teraz reżyserując znów co raz częściej żyję na walizkach – Białystok, Szczecin, Gdynia…


 – No właśnie, wróciłeś do Gdyni po latach już jako reżyser, niebawem powrócisz do Szczecina, aby wyreżyserować „My Fair Lady”. Jak to jest z tymi powrotami? Odżywają dawne sentymenty? Powracają wspomnienia?


 – No oczywiście. Gdynia i ten teatr zawsze pozostanie w moim sercu. Teraz, gdy znów chodzę po ulicach miasta albo po korytarzach teatru przypomina mi się wiele sytuacji – tych dobrych, budujących, ale i tych mniej „łaskawych”. Wspominam je z jednakową czułością i niczego nie żałuję. Mnie tu po prostu było dobrze. A dziś z perspektywy lat mogę powiedzieć, że zrozumiałem to, czego kiedyś rozumieć po prostu nie mogłem. Na pewne rzeczy – zwłaszcza zawodowe – potrzeba po prostu trochę czasu i doświadczenia.


– W swoich podróżach artystycznych na pewno spotykasz się z wieloma Baduszkowcami – zarówno kolegami jak i tymi późniejszymi absolwentami. Jest jakaś solidarność, jakiś rodzaj „patriotyzmu miejsca” między wami?


– Wiesz, jest coś takiego, że rozumiemy się jakby łatwiej. Może dlatego, że pewnych rzeczy nie musimy sobie tłumaczyć. W pracy (zwłaszcza w musicalu) bardzo pomaga ten rodzaju sprawności, gotowości, zawodowego podejścia, rozumienie materii. Ta szkoła bardzo wiele uczy. A to z kolei jest natychmiast sprawdzane i weryfikowane na przecież największej w Polsce scenie. To musi dawać pozytywne efekty.


– A prywatnie?


– Prywatnie z niektórymi kolegami nie widuję się kilka lub kilkanaście miesięcy, a gdy się spotkamy, to jest tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj. Zawsze jest o czym pogadać, nie tylko o teatrze. A nowo poznanych absolwentów SWA zawsze można zapytać o Gdynię i Muzyczny,
o profesorów, aktorów, repertuar. Co tu dużo gadać. To miejsce łączy wszystkich, którzy kiedyś o nie się otarli.


– Jak po latach znajdujesz teatr
i jego możliwości?

– Jest pięknie, choć myślałem, że będzie jeszcze piękniej (śmiech). Nowa Scena jest super, choć to nie to, co wyposażenie dużej sceny. Troszkę świateł z dużej podkradliśmy (śmiech). Ale trzeba przyznać, że gmach jest  imponujący i warunki coraz lepsze. Widać, że gdyński Muzyczny nie ustaje w swej drodze. Jednak przecież i ty i ja dobrze wiemy, że teatr to przede wszystkim ludzie. A Ci tutaj są super. Aż trudno uwierzyć, że to trwa tyle lat (śmiech).


– No co najmniej dwadzieścia. Sam przecież stąd wyszedłeś
i grasz w musicalowej pierwszej lidze. A  umiesz  jeszcze stepować?

  

– Oj panie profesorze… No dobra, umiem. Pokazać?


– Nie musisz. Już nic nie musisz. Jesteś na etapie własnych, świadomych wyborów i decyzji. Dziękując za rozmowę, życzę Ci, żeby były jak najlepsze dla Ciebie i dla widzów.


– Dziękuję, choć te decyzje to często efekt przypadków i szczęśliwych zbiegów okoliczności.


– Zatem niech Cię szczęście nie opuszcza.


– Niech NAS szczęście nie opuszcza! (śmiech)

Aktorstwo kocha, inaczej by się w to nie bawił

Aktorstwo kocha, inaczej by się w to nie bawił


Ostatnio robi się o Nim głośno - czołowe role w „Notre Dame de Paris” i innych produkcjach gdyńskiego Muzycznego, wymarzona rola w warszawskim „Jesus Christ Superstar” i apetyt na więcej. Pomyśleć, że zaczęło się od drzewa w „Shrek’u”... Z Maciejem Podgórzakiem rozmawiała Sylwia Firańska.


- Od Twojego debiutu na gdyńskiej scenie muzycznej i ogrywaniu drzewa w „Shreku” minęło kilka ładnych lat. Obecnie jesteś jednym z bardziej rozpoznawalnych aktorów wśród miłośników musicalu.


- Drzewa w „Shreku” to już powoli legenda polskiego musicalu i cieszę się, że mogę być jej częścią :) Nie wiem, czy jestem jednym z bardziej rozpoznawalnych aktorów, ale czuję, że na przestrzeni ostatnich dwóch - trzech lat moja praca jest bardziej dostrzegana i doceniana. Próbuję spełniać założone sobie zadania, ale wiem, że obok są osoby o podobnym potencjale, którym po prostu może nie wyjść przez detale, czy subiektywne spojrzenie innych. Wszyscy jesteśmy na to skazani! To ogromna zasługa rodziców, że tak mnie wychowali. Staram się zawsze wychodzić z takich założeń, jakie wyciągnąłem z domu.


- Chcesz zostać aktorem - zostajesz nim. Oglądasz „Metro”  i marzysz o zagraniu w nim - tak zaczyna się Twoja kariera. Egzamin do Studium Baduszkowej zdajesz utworem „Le Temps des Cathedrales” - zostajesz obsadzony w dwóch rolach polskiej wersji widowiska. Marzyłeś o tytułowej roli w „Jesus Christ Superstar” - życzenie spełnia się. Ile w Twojej historii szczęścia, a ile pracy?


- W szkole mówiono, że sukces w tym zawodzie to jakieś 10% talentu, 20% pracy i 70% szczęścia. Coś w tym jest, bo można pracować całe życie, lub mieć w sobie to „coś” i nasze marzenia wcale nie muszą się spełnić, bo są zależne od oceny innych. Staram się myśleć, że skoro zostałem obdarzony pewnymi predyspozycjami, to głupio byłoby je zmarnować. Wierzę, że marzenia się spełniają, trzeba się napracować, żeby im pomóc, ale się spełnią. Liczę się jednak z tym, że w zawodzie aktora, jak w każdym innym jest lepsza i gorsza passa. Trzeba pracować z pasją i radością. Bez radości nie ma sensu uprawiać aktorstwa.


- Przyznajesz, że pierwsza główna rola, w „Grease” przyszła tak szybko, bo na II roku studiów i kosztowała Cię wiele stresu. Teraz, kiedy oswoiłeś się ze sceną, i to niejedną - doceniasz pozytywne skutki adrenaliny?


- Adrenalina to jeden z głównych powodów, dla których wychodzimy na scenę :) Rzeczywiście, rola Danny’ego Zuko była dużym wyzwaniem na tamten czas, zastanawiam się, czy byłem na takie zadanie gotowy. Jednak dzięki zaufaniu dyrektora Macieja Korwina pomyślałem, że nie mogę zmarnować szansy. Staram się ekscytować tym co robię, nie bać się tego, chociaż czasami się boję. W Studium powiedziano mi, że aktor zawsze się boi, a im więcej potrafi, boi się tym bardziej z powodu swojej świadomości. Dziwny to zawód i przez to taki piękny.

- Od początku kariery jesteś trochę aktorem wędrownym, podejmujesz kolejne wyzwania nie tylko w gdyńskim Muzycznym. Jak oceniasz obecne możliwości rozwoju dla młodych aktorów?

- Praca nad spektaklem „Jesus Christ Superstar” to moja pierwsza okazja do bycia na tzw. gościnie. Staram się jednak „wędrować” po castingach w całej Polsce bo uważam to za element mojego zawodu i niejako obowiązek, szczególnie w moim wieku. Wyjazdy i mierzenie się z innym materiałem, poznanie nowych ludzi jest szalenie inspirujące. Możliwości dzisiaj są dużo większe niż w czasach moich nauczycieli, ale nawet większe niż kiedy sam zaczynałem edukację w Studium. Coraz więcej scen wybiera odważne i znane tytuły. Nawet teatry dramatyczne coraz częściej sięgają po formy teatru muzycznego. To powoduje, że z każdym rokiem zwiększa się konkurencja wśród aktorów. Mnie to nakręca do działania i cieszy, że teatr w Polsce robi się coraz ciekawszy.


- Jak to jest, przygotowywać się do roli, o której się marzyło?

- To trochę jak odpakowywanie wymarzonego prezentu przez dziecko. Domyślamy się, że to coś jest w środku, może to przynieść frajdę, ale może też spotkań nasz zawód, bo nasze wyobrażenie było inne. W przypadku ról jednak jest to fascynujące, ponieważ można odkryć w sobie coś nowego. Inne emocje, rozwój warsztatu, wokalu, czy pobudzanie umysłu do refleksji, które może nie będą miały końcowego efektu na scenie, ale mogą mi jako człowiekowi dać do myślenia. Jest to przygoda, z której należy brać garściami, mimo, że można napotkać trudności - ale trudności są fajne, bo rozwijają.


- Często wspominasz, że nie chcesz dać się zaszufladkować. Wiąże się to z podejmowaniem każdej proponowanej roli, czy zdarza Ci się wybierać?

- Zdecydowanie nie jestem na etapie wybierania, co zagrać. Chyba mam prawo podziękować za jakiś tytuł raz w roku, ale w moim wieku wydaje się ważne, aby pracować jak najwięcej, próbować nowych i przede wszystkim różnorodnych rzeczy. Każdy będąc w szkole marzy o różnych rolach i grając je na egzaminach zakłada, że w życiu zawodowym będzie tak samo. Potem rzeczywistość bywa rozczarowująca, bo przykładowo ma się warunki fizyczne takie a nie inne i do danej roli się nie pasuje. Nie obrażam się już na to. Gorzej, jakbym do niczego nie pasował :)


- Nie da się z Tobą nie rozmawiać o aktorstwie i rolach, ale może uchylisz nam rąbka tajemnicy - co Maciej Podgórzak robi w wolnym czasie?


- Uwielbiam spędzać czas z ludźmi. Czasem muszę się wyciszyć, mówiąc kolokwialnie  „odmóżdżyć” i wtedy mam ochotę, jak to kiedyś powiedział Marcin Słabowski:  „Pojechać na pustynię, żeby nie było NIC!”. Szybko jednak mam tak, że potrzebuję interakcji. Obawiam się, że bywam z tym męczący, jestem jednak zwykłym człowiekiem. Zauważyłem, że z roku na rok, pewnie przez przypływ obowiązków, staram się nie marnować czasu na głupoty. Chociaż one też są potrzebne, nie można ciągle działać na pełnych obrotach.


- A znajdujesz czas na te wszystkie dyscypliny sportu, które uprawiasz? Lub uprawiałeś...


- Z roku na rok trudniej umówić się na wspólną grę w piłkę nożną czy siatkówkę, choć na plaży ekipą teatralną działamy całkiem intensywnie. Staram się biegać i chodzić na siłownię, bo to elementy przygotowania do pracy, ale przede wszystkim ogromna satysfakcja i motor napędowy na każdy dzień. Relaksuję się i męczę jednocześnie. Brakuje mi jednak jednej rzeczy - nart i snowboardu zimą... Wtedy teatr gra najwięcej, więc wybór najczęściej jest jeden.


- Na koniec pytanie osobiste... wielu aktorów narzeka na trudności ekonomiczne. Sam słuchałeś podobnych wróżb od bliskich. Czujesz się bezpiecznie jako młody mąż, zapewne przyszła głowa rodziny, a także aktor?


- Najczęściej jest tak: im więcej grasz, tym więcej zarabiasz. Z drugiej strony, jeśli ciągle pracujesz to gdzie jest czas na życie prywatne? Nie narzekam, bo gram dużo, co przekłada się też na finanse i kocham to co robię. Czasami zawalam się pracą, bo to po prostu lubię, lecz coraz częściej szukam równowagi. Żona też jest aktorką, więc wspieramy się, rozumie, że czasami głowę mam zawaloną myślami o teatrze, szczególnie przed premierą. Staram się jednak, żeby nie cierpieli na tym moi bliscy... Dlatego trzeba to kochać, inaczej nie warto się w to bawić.

 

Na hasło wiosna

Na hasło wiosna mógłbym oczywiście zbyć temat ulubionym cytatem z polskiego kina: „Nie wiem, nie znam, nie orientuję się, zarobiony jestem”. Zbyt  jednak cenię i szanuje osobę redaktora naczelnego żeby mu to zrobić. W rzeczy samej odwołując się do końcówki zamieszczonego cytatu zarobieni jesteśmy po uszy. I żeby była jasność drogi Czytelniku - nie będzie to felieton o aktorskich gażach bo… tu znów cytat z legendarnego musicalu „my nie mówmy o pieniądzach najważniejsze żeby one były.” Chodzi po prostu o teatralny repertuar, który niemal pęka w szwach od ilości proponowanych tytułów. Zupełnie jak pierwsze zawiązki na krzewach, które nie wytrzymują już w stanie uśpienia i wybuchają zielenią.  Są powody do radości bo widownia pełna po brzegi. Miło jest patrzeć jak opuszczają budynek rozpromienione zadowolone twarze. Wiosna zwykle rozpieszcza nas zielenią i pogodą. Teatr Muzyczny rozpieszcza nas tym, że cieszy się taką popularnością. Można powiedzieć, że sięga już po jej rekordy. Spragniony Melpomeny widz zdążył wykupić już wszystkie bilety na… Uwaga! sylwestrowe i  karnawałowe koncerty 2020/21 w naszym teatrze. Jesteście Państwo nieprawdopodobni ominęliście wiosnę i wybiegliście tak daleko. To absolutny fenomen! Podobnie jak fenomenem jest coroczne budzenie się przyrody do życia. Odradza się pod naszą szerokością geograficzną nasza słowiańska dżungla, choć jeszcze nieśmiało. Póki co w Teatrze Muzycznym na Nowej Scenie – dżungla już stoi w pełnej krasie. Można ją podziwiać do woli od lat 5 do 105. Tęsknimy już do Wiosny chociaż zima nie nękała nas obfitym śniegiem i siarczystym mrozem, może jedynie w górach. Ale nie trzeba tam jechać żeby to sprawdzić. Na Nowej Scenie również góry mamy na wyciągnięcie ręki. Tymczasem dla mnie Wiosna to koniec tęsknoty za kobiecym pięknem, tak skrzętnie ukrywanym pod wieloma warstwami zimowych ubrań. Kocham Wiosnę, bo poznać ją po tym że…

„Adela już zakłada suknię cienką.

Na Wiosnę kwiatki rosną

i kwitnie miesiąc maj.

A dokąd to wybierasz się panienko?

Teatr Muzyczny na mnie czeka Ty też gnaj”.


Andrzej Śledź

 

G - jak Granie

W teatrze (zwłaszcza muzycznym) grania jest co niemiara. W sali prób orkiestry i w orkiestronie grają muzycy i ich instrumenty. W salach korepetytorów grają fortepiany. W salach prób i na scenach grają aktorzy. Co prawda w pracowniach i pomieszczeniach biurowych słyszy się czasem (tak plotka głosi), że aktorzy to najlepiej potrafią grać na nerwach, ale… to na pewno jest nieprawda. Z graniem w teatrze różnie bywa.  Jeden reżyser pokrzykuje „Nie graj, tylko bądź!”, inny „Ty nie gadaj tyle, tylko mi to zagraj”. No i bądź tu mądry. Tak czy siak, trzeba być elastycznym i dostosowywać się odpowiednio do wyznawanej przez reżysera definicji „grania”, czy też „bycia” na scenie.

W zamierzchłych już czasach, które minęły bezpowrotnie, a które w teatrze pamiętają już tylko nieliczni, za dyrekcji Jerzego Gruzy odbywały się próby do „My Fair Lady” – jednego z najsłynniejszych musicali, który przeszedł już dawno do klasyki. W roli jednego z kompanów starego Doolitla obsadzony był pewien dojrzały już aktor. Zagrał w swoim życiu wiele i to nie tylko na gdyńskiej scenie. Szalenie charakterystyczny, o ujmującej osobowości i dobrym sercu jakoś jednak nie zapadł w pamięć reżysera, który bez przerwy mylił jego nazwisko i zamiast powiedzmy Kowalskim nazywał go wciąż Nowakiem. Na jednej z prób dialog będących na scenie aktorów jakoś się nie kleił. Reżyser raz po raz przerywał scenę cierpliwie dając uwagi. Gdy kolejne nie odniosły oczekiwanego skutku szef wreszcie nie wytrzymał.

- Nowak – krzyczy reżyser. – Ja? – pyta aktor. – Tak ty! – Nazywam się Kowalski – grzecznie odzywa się ze sceny aktor wyrwany nagle z amoku próby i granej postaci. – Co ty tam grasz?! – krzyczy znów poirytowany reżyser. – Ja? – pyta Kowalski. – Tak ty!!! – drze się z widowni do mikrofonu porządnie już wkurzony szef. – No… gram… że… - bąka coś niepewnie aktor, ale nie dokończywszy myśli słyszy: - To może przestań grać, a spróbuj być! Przerwa!!! – zarządził reżyser i szybkim krokiem oddalił się z widowni. Aktorzy nieco zafrasowani rozpierzchli się po kulisach, garderobach, korytarzach i… gdzie tam kto chciał. Jak powszechnie wiadomo kompani Doolitla to charaktery spod znaku flaszki i kieliszka. Po tym incydencie i uwadze reżysera aktor, który bardzo dobrze pasował powierzchownością do tej roli poczuł, że zewnętrzność już nie wystarcza i zaczął uprawiać „wewnętrzną charakteryzację”, stosując do niej płyny co prawda pozbawione barwy, ale nie mocy. Serwowano takie „eliksiry” w kawiarni na dole od godz. 13.00 ale chłopina miał chody u barmanek, które z empatią odnosiły się do artystów  i w imię sztuki, czyli tak zwanej wyższej konieczności, robiły dla niektórych wyjątki. Już po przerwie scena poszła znacznie lepiej. Od tej pory próby szły gładko, reżyser  był zadowolony, kawiarnia zwiększyła nieco poranne obroty, a w przerwach garderoba Kowalskiego była najweselsza. Premiera była bardzo udana. Kolega „Kowalski” grał swoją rolę brawurowo aż do zejścia tytułu. Był w niej wyśmienity!

                                  

Jacek Wester

 

Plac Grunwaldzki 1
Gdynia, 81-001
Polska

©2018 by Antrakt. Proudly created with Wix.com