Antrakt

Wydanie Jubileuszowe

Niedawno odbył się benefis 35-lecia pracy naszego Naczelnego Jacka Westera. Aktor, poeta, pisarz, dziennikarz, logopeda, nauczyciel, kolekcjoner zegarków… człowiek fascynujący, artysta! Wszystkiego o Nim dowiecie się ze specjalnego jubileuszowego wydania Antraktu.


Czytajcie!

Wystarczy wcisnąć poniższy link i odpalić pdf:

C86ED560-5EE4-45E2-A04D-97F91F1E9D02.jpeg
 

w tym wydaniu:

* Wiosna, wiosna, wiosna... - wstępniak Jacka Westera

* Wieczorami scena, za dnia granica - z Tarasem Shaviakiem rozmawia Sylwia Firańska

* Wrześniowa podróż w świat musicalu - z Tomaszem Dutkiewiczem rozmawia Sylwia Firańska

* M - jak mikrofon - alfabet Muzycznego - Jacek Wester

* Kolejny dobry dzień - felieton Andrzeja Śledzia 

 
IMG_9076.jpg

Wiosna, wiosna, wiosna...

Może jeszcze nie całkiem ciepło i pąki na drzewach dopiero się budzą, ale w człowieku jakby już inny duch. Czas zmieniony na letni (wielu z nas wciąż jeszcze szuka ukradzionej godziny), dni nieco dłuższe a śnieżny puch na trawnikach to już tylko epizody. Powoli zapominamy o pandemicznych obostrzeniach. W teatrze odrobina wiosennych porządków, nowe rytmy i wyzwania. W ramach wiosennego „przetrzepania” repertuaru przyjdzie nam się w maju pożegnać z przedstawieniem „Gorączka Sobotniej Nocy”. Kończy się licencja i tytuł spadnie z afisza. Kto jeszcze nie widział lub chciałby zobaczyć raz jeszcze musi się śpieszyć. Biletów już niewiele, ale wciąż można zarezerwować sobie miejsce na widowni.

W naszym teatrze, w którym króluje duża dawka rozrywki, zdarzają się też wydarzenia istotne i ważne. Takim wydarzeniem będzie niewątpliwie koncert dla walczącej Ukrainy. Próby trwają od jakiegoś już czasu. Artyści, realizatorzy

i cała obsługa koncertu pracują za darmo. W trakcie  koncertu  odbędzie się zbiórka funduszy na rzecz Polskiej Akcji Humanitarnej, która prowadzi zorganizowaną pomoc dla objętej wojną Ukrainy. W ten właśnie sposób chcemy zamanifestować naszą niezgodę na przemoc, terror i śmierć, którą niesie wojna. Koncert dla Ukrainy to wyraz naszej solidarności. Wierzymy, że na widowni zasiądą ludzie, którzy podobnie jak my mają otwarte, dobre serca i hojnie zasilą zbiórkę pieniędzy prowadzoną w trakcie koncertu. W zamian za to, oprócz artystycznych przeżyć i wzruszeń, będzie można otrzymać wiele pamiątkowych gadżetów, płyty i książki. Mamy nadzieję, że dla nas wszystkich będzie to ważny dzień, tak jak ważna jest ofiarna pomoc poszkodowanym w tej nieludzkiej wojnie.

W salach prób rozbrzmiewają już dźwięki nowego tytułu, którego premierę szykujemy na wrzesień. Będzie to „Something Rotten, czyli coś się psuje” – zabawna opowieść w stylu „szekspirowskim” z porywającą muzyką i układami stepowanymi. Teatr po odbytych castingach ogłosił już obsadę. Musical wyreżyseruje Tomasz Dutkiewicz znany już gdyńskim widzom z poprzednich produkcji.

Powoli zaczynamy też wyglądać zakończenia sezonu, który (jak na Muzyczny przystało) będzie z przytupem. Zagramy bowiem nasz koncert, który w okresie sylwestrowo-karnawałowym zebrał dobre opinie i cieszył się wielkim powodzeniem. Jednocześnie gorąco zachęcamy do zapoznania się naszą ofertą na resztę miesięcy. Repertuar jest już ustalony do końca roku i widnieje na stronie teatru. Pomimo czasu pełnego zawirowań życzymy naszym widzom spokoju i dobrych chwil oderwania się od przytłaczającej rzeczywistości na naszej teatralnej widowni. No i oczywiście miłej lektury bieżącego numeru Antraktu.

                                      

Jacek Wester

10 marca br. na Scenie Kameralnej odbył się casting do musicalu „Something Rotten, czyli coś się psuje” w reżyserii Tomasza Dutkiewicza. 

To broadway’ owski spektakl pełen humoru, literackich

i muzycznych odniesień oraz zapierających dech kostiumów z epoki elżbietańskiej.

Przed Państwem obsada

najnowszego tytułu!

Szekspir: Jakub Brucheiser/ Krzysztof Kowalski

Nicholas Spodek:

Tomasz Więcek/

Krzysztof Wojciechowski

Nigel Spodek: Paweł Czajka/Maciej Podgórzak 

Nostradamus: Rafał Ostrowski/Marcin Słabowski

Bea: Karolina Trębacz/

Sylwia Wąsik-Szlempo

Porcja: Sandra Brucheiser/

Adrianna Koss

Brat Jeremiasz: Jerzy Michalski/Aleksy Perski

Minstrel: Patryk Maślach/

Sebastian Wisłocki

Shylock: Bernard Szyc


oraz Zespół i Orkiestra

Teatru Muzycznego.

IMG_7692.JPG

Wieczorami scena, za dnia granica

„Notre Dame de Paris” zapoczątkowało jego życie w Gdyni. Etat w Teatrze Muzycznym umożliwił mu realizację w zawodzie tancerza oraz pozostanie w Polsce. Wczesnym rankiem 24-go lutego obudziły go telefony od rodziny. Od razu ruszył pod granicę, odebrać siostrę. Od tej pory pomaga regularnie, bo nie wyobraża sobie inaczej.


Jak trafiłeś do gdyńskiego Muzycznego?

Zaczęło się od „Notre Dame de Paris”. W niedzielę wieczorem wróciłem z miesięcznego pobytu na obozie tanecznym, a w poniedziałek, niewyspany, spontanicznie przyjechałem na casting. Miały być dwa miejsca do obsady tanecznej, więc gdy wyczytali nazwiska wytypowanych tancerzy, zacząłem zbierać się do wyjścia, a tu nagle - wyczytują też mnie. To był mój pierwszy casting w życiu. I tak zaczęła się cała przygoda, gdy skończyłem uczelnię w Łodzi, tutaj pojawiła się szansa na etat – zostałem na dłużej.


Znałeś wcześniej Gdynię, mieszkałeś tu?

Przyjechałem do nowego miejsca, żeby spróbować szansy zdobycia pracy w zawodzie tancerza od razu po studiach – to wszystko, co wiedziałem.


Pochodzisz z Ukrainy, wiele lat spędziłeś we Lwowie a teraz mieszkasz w Polsce. Polacy doznali szoku rankiem 24-go lutego. A co poczułeś Ty?

Cały czas przeżywam szok, tego dnia obudził mnie wcześnie rano telefon, których potem było jeszcze kilkadziesiąt. Mama i znajomi informowali – zaczęło się. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to jak najszybciej zabrać do Polski siostrę – Mama chciała zostać w Ukrainie, czeka spakowana w bezpiecznym w miarę  miejscu. Nasz dom rodzinny jest niedaleko Iwano-Frankiwska, więc rodzina od razu słyszała hałas wojny. Tego dnia myślałem tylko o nich i wciąż zbierałem wiadomości od przyjaciół. Z ich relacji wyziewał chaos, wszyscy działali w popłochu, często byli zmyleni sprzecznymi informacjami lub fake newsami. Bali się, że za kilka dni nie będzie Ukrainy – okazaliśmy się silni. Jeszcze tego samego dnia przywiozłem siostrę do Gdyni i zacząłem organizować cykliczne dojazdy spod granicy, a w Teatrze zorganizowała się akcja pomocy – inni pracownicy momentalnie zaczęli zbierać pieniądze na paliwo i najpotrzebniejsze artykuły. Niektórzy podchodzili, żeby porozmawiać, inni nie mieli siły, rzucali mówiące wszystko spojrzenia.


Jak wyglądały Wasze dotychczasowe eskapady pod granicę, co udało Wam się zrobić?

Dowieźliśmy pod przejście graniczne Saszę, chłopaka, który jechał w przeciwną stronę – bronić ojczyzny. Dostarczyliśmy zebrane rzeczy – doraźną pomoc. Okazało się, że w tym samym czasie na granicę wyjechał Tomek Valldal Czarnecki, (założyciel Teatru Komedii Valldal – przyp. red.) zaczęliśmy więc współpracować. Odbieraliśmy z polskiej strony Ukraińców, zawoziliśmy ich do Warszawy, a ze stolicy podwoziliśmy tych, którzy chcieli jechać w innych kierunkach. W ten zorganizowany na szybko sposób udało nam się przewieźć 13 uchodźców do nowych lokum. Wiele osób zawieźliśmy do prywatnych domów, w których Polacy zdecydowali się udzielić schronienia. Każdy Ukrainiec widzi, że pomagacie.


Dzień po rozpoczęciu wojny nie pojechałeś na granicę – zagrałeś w „Chłopach”. Jak się czujesz, wychodząc teraz na scenę?

Jest trudno. Przyzwyczaiłem się trochę do nowej sytuacji

i wieczorne granie w spektaklu jest dla mnie odpoczynkiem od natłoku wojennych wiadomości, lecz na początku czułem się fatalnie. Chciałem jechać do Ukrainy i walczyć - nie tańczyć sobie na scenie! Niechętnie pracowałem, chciałem być w ojczyźnie. Utwór z „Chłopów” - „Na Las” rozstrajał mnie wewnętrznie. Wsparli mnie znajomi i siostra, przekonując, że mogę pomagać tutaj - chcą mnie widzieć na scenie, nie w trumnie. Wypracowałem więc sobie system - wieczorami gram w Teatrze, za dnia organizuję pomoc

i służę informacjami o Ukrainie i tłumaczeniem polsko – ukraińskim każdemu, kto tego potrzebuje.


Co jest potrzebne na tę chwilę?

Miejsca noclegowe. Osoby, które przyjęły uchodźców od razu po rozpoczęciu wojny mają już zapełnione mieszkania, a uciekających z Ukrainy przybywa.


A czy artystyczne wyrazy solidarności są potrzebne? Może powinniśmy skupić się raczej na pomocy materialnej, rzeczywistej, a nie – artystycznej?

Artystyczne, niematerialne wyrazy solidarności są potrzebne – dzięki temu przypominamy sobie i światu że tam cały czas, już od ponad miesiąca trwają krwawe walki. Ukraińcy przebywający obecnie w innych krajach niż swój czują się lepiej, widząc ukraińskie symbole. Dobrze oczywiście byłoby, gdyby za pomocą symboliczną szła pomoc materialna, bo w pomocy uciekającym liczy się każda złotówka. Koncertami i innymi wydarzeniami artystycznymi możemy przypominać, że pomoc, oczywiście na miarę możliwości, cały czas jest konieczna – dopóki się nie skończy, a oby nastąpiło to jak najszybciej.


Rozmawiała

Sylwia Firańska-Drzymalska

IMG_9075.jpg

Wrześniowa podróż w świat musicalu

Będzie to nie tylko zwariowana komedia o braciach walczących z popularnością Szekspira. W „Somtehing Rotten, czyli coś się psuje”

oko wprawnego Widza wychwyci wiele odniesień do musicalowej klasyki gatunku. Z reżyserem Tomaszem Dutkiewiczem rozmawiała

Sylwia Firańska-Drzymalska.


Nasi Widzowie kojarzą Pana przede wszystkim z musicali „Ghost” i „Gorączka Sobotniej Nocy”. Czego możemy spodziewać się po „Something Rotten”?

Świetnego musicalu. Niegłupiej rozrywki na, mam nadzieję, najwyższym poziomie musicalowym – to właśnie proponuje materiał muzyczno – dramaturgiczny.


Co sądzi Pan o polskim przekładzie libretta?

Jest bardzo dobry, wręcz doskonały. Nieprzypadkowo zwróciliśmy się do Daniela Wyszogrodzkiego, który w stu procentach spełnił moje nadzieje i oczekiwania.


Jakie są inne elementy gwarantujące udaną komedię w musicalu?

Oprócz materiału literackiego i muzycznego są jeszcze realizatorzy i aktorzy, z reżyserem na czele. Musi on sztukę zrozumieć, zinterpretować, aby następnie przełożyć ją na język teatralny. Są scenografowie, choreografowie i wielu innych ogólnie pojętych twórców, ponieważ musical, podobnie jak opera, korzysta z wielu rodzajów sztuki. Na nie mniej znaczącym końcu są artyści, których umiejętności sceniczne mogą zaważyć na sukcesie wszelkich podjętych wcześniej działań. W „Something Rotten” będzie dużo scen zbiorowych, sytuacji „rozdmuchanych” na wielu aktorów, którzy muszą je wypełnić swoimi temperamentami.


Pocastingowy wybór obsady był dylematem?

Od razu byłem przekonany, że całą obsadę można wypełnić siłami Teatru Muzycznego w Gdyni, którego dyrektor podzielił moje zdanie. Tutejsi aktorzy – nie mówię tego z kurtuazji – to aktualnie najlepszy zespół w Polsce, predestynowany do sięgania po największe tytuły musicalowe. Nie miałem żadnego problemu z doborem ról.


Broadway’owska wersja „Something Rotten” rozgrywa się w dość ponurych barwach. Czy polska adaptacja będzie miała więcej koloru?

Będzie więcej kolorów. Nie należy zapominać, że rzecz dzieje się w XVII wieku, w renesansowej, elżbietańskiej Anglii. Kostiumy odzwierciedlające epokę nie mogą być więc w nadmiarze kolorowe. Lecz w „Something Rotten” są też sceny rewiowe, opowiadające wyimaginowaną historię powstania musicalu – tu wniesiemy kolor w kostiumach, a przede wszystkim w inteligentnym i efektownym oświetleniu. Kostiumy, mimo że odzwierciedlające epokę czasu akcji, będą bardzo stylowe, momentami celowo przełamane elementami nowoczesnymi.


Czy „Something Rotten” będzie następcą „Spamalota”? Brytyjski humor osadzony

w minionych czasach nasuwa takie przypuszczenia.

Ciekawe, czy stali Widzowie gdyńskiego Muzycznego znajdą konotacje. Mnie ta idea nie przyświeca, realizuję materiał „Something Rotten”, ale jeśli ktoś znajdzie podobieństwa – świetnie! Pamiętajmy, że nasza najnowsza prapremiera opływa w cytaty słowne, muzyczne czy nawet sytuacyjne z innych znanych musicali – dla fanów tego gatunku będzie to erudycyjna skarbnica i cudowna rozrywka. Jestem fanem spektakli muzycznych, od lat staram się oglądać ich jak najwięcej i doświadczanie „Something Rotten” na Broadway’u było dla mnie zabawą konwencją, formą i odczytywaniem w tej sztuce dziesiątek innych tytułów! „Something Rotten” to podróż w świat musicalu.

IMG_2655.JPG

M - jak mikrofon

Mikrofon w teatrze muzycznym to narzędzie niezbędne, acz nieczęsto używane. W spektaklach króluje mikroport czyli miniaturowy mikrofon o cielistym kolorze zakładany na ucho i przyklejany do twarzy, który łączy się z niewielkim nadajnikiem ukrytym pod kostiumem. Ale porządne, bezprzewodowe mikrofony i tak zawsze pełnią dyżur w kulisach po obu stronach sceny na wypadek, gdyby któremuś z aktorów mikroport odmówił współpracy. Zdarza się to rzadko, ale to przecież tylko urządzenie elektroniczne i do awarii swoje prawo ma. Wtedy właśnie na pomoc przychodzi mikrofon wnoszony na scenę mniej lub bardziej dyskretnie, choć w zasadzie nie ma czego ukrywać, bo gadania lub śpiewania do mikrofonu nie da się za bardzo zakamuflować. Zawsze to lepsze wyjście niż śpiewanie żywym głosem z nagłośnioną orkiestrą. I choć niektórzy z aktorów posiadają odpowiednią impostację i wolumen pozwalający przebić się przez barierę rampy, to jednak zachodzi (jak to mówią akustycy) brak zgodności barwy. Głos bowiem musi mieszać się z dźwiękami orkiestry na stołach mikserskich i poprzez wzmocnienie emitowany jest w głośnikach jako jednolita, spójna barwowo całość.

Ale teatr muzyczny to nie tylko spektakle. Wielkim powodzeniem cieszą się przecież wszelkie koncerty, a tam mikrofony grają rolę zasadniczą. Solowe śpiewanie „do loda” to koncertowa norma. Mikrofony budzą szacunek nie tylko u akustyków, którzy o nie dbają; nie tylko u wykonawców, którzy ich używają, ale nawet u… garderobianych, które potrafią w mikrofonie znaleźć pewną symboliczną analogię do wykonywanej przez siebie pracy. Zdarzyło się niedawno, że w ferworze koncertowych, zakulisowych przebiórek aktor próbował odwiesić na wieszak swój zdjęty właśnie kostium. W koncertach jest mnóstwo zmian kostiumów, obsady są liczne a garderobianych zaledwie kilka. Chłopak chciał pomóc poprzez samoobsługę. Natychmiast zareagowała na to pracowita garderobiana. Wyrywając mu kostium zwróciła się do niego retorycznym pytaniem – Czy ja ci zabieram mikrofon?

No tak, w teatrze każdy zna swoje miejsce i przynależny zakres obowiązków. A mikrofon tylko to wzmacnia.


Jacek Wester

 
IMG_9074.JPG

Kolejny dobry dzień

Dopiero co zeszliśmy ze sceny po intensywnym dwutygodniowym secie M&M. Bynajmniej nie o dietę ze znanych kolorowych drażetek tu chodzi. Ani audycję Panów Manna i Materny w TV, ani tym bardziej o popularny do bólu serial M jak… O miłości jednak w gdyńskim „Mistrzu i Małgorzacie” jest… i to dość sporo. Jest też o wierze i nadziei. Dobrze, że niesie ją również teatr. Dobrze, że jest alternatywą wobec miazmatów codzienności. Proponuje refleksję na przemian z uśmiechem którego wciąż jak na lekarstwo.

Jak ma zachować się Antrakt w tak skomplikowanej, niejednoznacznej rzeczywistości. Czy pozostać w swoim dawnym tonie, trzymając się wyznaczonej linii programowej? Myślę, że należy zadbać o jak najlepszy nastrój naszych czytelników proponując im ciąg dalszy naszej wspólnej „zabawy” z gazetą. Skoro tylko jest w widzach potrzeba zgłębiania tajemnic zakulisowych teatru, to z chęcią będziemy przewodnikami po nich.

Dziś z palety wielu kolorów życia naszą uwagę skupiają szczególnie dwa: niebieski i żółty. Trudno się temu dziwić, skoro zdecydowana większość naszych myśli kieruje się na wschód. Szukamy równowagi. Staramy się, by nie zaniedbywać codziennych obowiązków  w dotychczasowych ramach. To przecież może być źródłem nadziei, dzięki której wszystko nabiera właściwego sensu. Dlatego gramy, żeby choć na parę chwil zapomnieć o podłościach tego świata. Podróżujemy do innych wymiarów, dalej snujemy plany repertuarowe i dumni jesteśmy z waszej licznej obecności. To pomaga nam wszystkim uwierzyć w zwycięstwo dobra nad złem. Właśnie gramy historię zza oceanu, gdzie odważna, przebojowa dziewczyna radzi sobie ze światem uprzedzeń, mentalnym zacofaniem, a wreszcie pospolitą głupotą. Radzi sobie siłą wiary, nadziei i miłości. To „Hairspray”.

Musical za oceanem od bez mała wieku też świetnie sobie radzi. Wciąż powstają nowe, a ich  magiczna siła przyciąga tłumy. Dobrze więc, że i Trójmiasto ma swój Broadway i swoje wierne rzesze wielbicieli i entuzjastów. Gramy więc nieprzerwanie z wiarą nadzieją i miłością. Byście choć przez chwilę poczuli się lepiej gdy poza sceną dziwny jest ten świat. Antrakt także działa. Obserwujemy, słuchamy, notujemy, drukujemy. Czasem nawet żartujemy, bo oto paradoksalnie okazało się, że nawet Antrakt może mieć przerwę. Czekaliśmy z rozruchem do wiosny, ale teraz wszystko już dopięte i ruszamy ku rozbujanym horyzontom.

Niebawem pomachamy na pożegnanie kolejnemu tytułowi z naszej amerykańskiej półki. Najpiękniejsze melodie, tętniące rytmem epoki, która nie ma sobie równej w historii muzyki rozrywkowej. Disco lat 70! Trend i gatunek charakterystyczny poprzez inteligentne, wręcz finezyjne aranżacje. To najlepsze  disco jakie znam. Cała współczesna „reszta” używająca tej nazwy, bynajmniej jej nie uzasadnia. Jedyne w swoim rodzaju: groove, beat, flow i co tam jeszcze, że o melodii nie wspomnę.

A jak się do tego tańczy! Nie wysiedzisz w teatralnym fotelu! Wpadnij tu jeszcze raz! Pomachamy bohaterem „Saturday Night Fever”. Z wiarą, nadzieją i miłością minie nam kolejny, dobry dzień.

                              

Andrzej Śledź