Plac Grunwaldzki 1
Gdynia, 81-001
Polska

©2018 by Antrakt. Proudly created with Wix.com

Antrakt

Rolled Magazines
 

życie teatralne

w tym wydaniu:

• Co było a nie jest nie pisze się w rejestr - wstępniak Jacka Westera

• Obrachunek roczny czyli jak było i jak będzie - rozmowa z dyrektorem Bogdanem Gasikiem - Jacek Wester

Po prostu Ewa Gregor - w rozmowie z Sylwią Firańską

• Premiery 2020

Gdynia De Janeiro - felieton Andrzeja Śledzia

Alfabet Teatru Muzycznego - F jak Facebook

Z ostatniej chwili

 

Co było a nie jest nie pisze się w rejestr

Skończył się 2019 rok i weszliśmy w okrąglutkie dwie dwudziestki. No i jak to na początku roku bywa, robi się roczny remanent zysków i strat. Zyski zostaną, a o stratach lepiej zapomnieć. Całe szczęście u nas strat nie odnotowaliśmy. Nie zaliczyliśmy ani spektakularnej klapy, ani bolesnego rozstania, ani nawet odwołanego spektaklu (no, może jakiś jeden gdzieś się przydarzył). Trochę za to przybyło – nowe tytuły, nowi koledzy, nowe wyzwania, nowa publiczność. Zatem „przyklepujemy” dodatni bilans. Mamy nadzieję, że nie przyjdzie nam zapłacić jakiegoś haraczu z powodu tych naszych zysków. Jedyny, na który się godzimy, to haracz ciężkiej pracy, aby utrzymać wysoki poziom ku uciesze naszej cudownej, wiernej publiczności.

Trwa karnawał i cieszy nas wielce, że nasi widzowie tak szczelnie wypełniają miejsca na widowni. Bawimy się razem w rytmie lat 60. i gorących tańców latino. Koncert, który corocznie przygotowujemy na sylwestrową noc jest dla nas nie lada wyzwaniem. Wymaga on dużego wysiłku i sprzężenia wszystkich zespołów w teatrze, aby w Sylwestra pokazać spektakularne widowisko. Musi być kolorowo, rytmicznie, równo i profesjonalnie. Musimy trzymać poziom, bo tego oczekuje nasz widz. Tym bardziej cieszymy się, że ten wysiłek przekłada się na kontynuację wieczorów karnawałowych w styczniu. Dzięki temu Nasz koncert może zobaczyć kilkanaście tysięcy widzów. Wiemy to, bo bilety są wyprzedane na wiele tygodni przed koncertowymi wieczorami. Te koncerty i frekwencyjne komplety, to najlepsze dla nas wróżby na nowy rok. Wierzymy, że energia, która płynie do nas z widowni w postaci gromkich braw na stojąco zrodzi już niedługo nowe artystyczne zachwyty – i nasze, i Wasze. Nie patrzmy wstecz. Co przeminęło nie wróci. Przed nami nowe wyzwania, nowe niespodzianki, o których mamy nadzieję nie raz Wam jeszcze opowiedzieć.

I tak w pierwszym numerze nowego 2020 roku jeszcze nieco tajemnicze zapowiedzi na najbliższe miesiące. Nie zdradzimy zbyt wiele, zachowując nieco materiału do kolejnego numeru Antraktu. Oprócz tego dyrektorski obrachunek roku poprzedniego, czyli trochę liczb, którymi warto się pochwalić. No i nasze stałe rubryki – Firmament gwiazd, Alfabet, Rozbujane horyzonty… A że początek roku, to nowe nadzieje, bujajmy się więc razem na fali noworocznej wiary w ich spełnienie.

                                                                  

Jacek Wester

Obrachunek roczny czyli jak było i jak będzie -

krótka rozmowa o roku minionym i przyszłym z dyrektorem

Bogdanem Gasikiem

Gdyby chciał pan cyframi scharakteryzować miniony teatralny rok to byłyby to…

2019 rok to 389 wydarzeń scenicznych i 279.782 widzów, co w efekcie dało wyższe dochody i (co ważne) pozwoliło lepiej wynagradzać wysiłek wszystkich pracowników, bo dochody staramy się dzielić między tych, którzy je wypracowali.


Czy teatr planuje jakieś inwestycje w nadchodzącym roku?

Inwestycje, to „neverending story”. Nieprzebudowana część Teatru Muzycznego ma 40 lat, instalacje i zastosowane technologie pamiętają lata 70 poprzedniego wieku, więc trwa sukcesywna ich wymiana, porządkowanie i renowacja zgodna ze współczesnymi normami bezpieczeństwa i estetyki. Planujemy remont korytarzy zgodny z normami p.poż. na poziomie pierwszego i drugiego piętra oraz wymianę pionów wodnych (bo poziomy już wymieniliśmy). Oczywiście  pod warunkiem  pozyskania na to celowych środków finansowych.

Czy spowolnienie gospodarcze, o którym wszyscy ciągle słyszymy, odbije się niekorzystnie na teatrze?

Zapowiadane spowolnienie, ze względu na częstotliwość pojawiania się tematu w mediach, stanie się (oby nie!) w efekcie „samospełniającą się prognozą”. Dla gospodarki i  finansów instytucji kultury zapewne niekorzystną. Mam nadzieję, że w ewentualnych naszych zmaganiach nie pozostaniemy sami…

Jakie wyzwania repertuarowe postawi teatr przed swoim zespołem w nowym roku?

Plany repertuarowe - to ‚Księga dżungli” w marcu na Nowej Scenie w reżyserii Kuby Szydłowskiego, „Mistrz i Małgorzata" w reżyserii Janusza Józefowicza z muzyką Janusza Stokłosy we wrześniu oraz wspólnie z Urzędem Miasta Gdyni planujemy widowisko w 50 rocznicę „wydarzeń grudnia 70
w Gdyni”. No i jak zwykle Koncert Sylwestrowy dla naszej wiernej publiczności.

Od lat czujemy  synergię z naszymi widzami. Ale bez pieniędzy od naszych władz pewnie niewiele by się udało?

To prawda. Jesteśmy teatrem publicznym i z publicznych pieniędzy jesteśmy w dużej części finansowani. Zasadność dotowania z publicznych pieniędzy potwierdza każdorazowa frekwencja na spektaklach. Ubiegłoroczny roczny budżet naszego teatru to ponad 30 milionów złotych, z czego niemal 17 milionów złotych stanowią przychody z biletów, kolejne 2 miliony to działalność gospodarcza - wynajmy etc. Otrzymaliśmy dotację  podmiotową z Urzędu Marszałkowskiego w wysokości 10.787.940,00 mln. i z  Urzędu Miasta Gdyni w kwocie 2.000.000,00 mln. RAZEM: 12.787.940,00 mln. Z kolei dotacje inwestycyjne z Urzędu Marszałkowskiego to następujące kwoty - 581.937,00 zł na modernizację sprzętu oświetleniowego, - 634.600,00zł  na modernizację budynku, oraz 1.000.000,00 na zakup i montaż konsolety fonicznej wraz z rozbudową cyfrowej sieci audio RAZEM: 2.216.537,00 mln.

  

Czy ma pan marzenia związane z teatrem, które raczej się nie spełnią?

Marzenia, to nasze przyszłe cele, a zatem poważnie  rzecz biorąc, muszą  być mierzalne i realne. Dlatego raczej unikam tych, które nie mają szans na spełnienie.


Jacek Wester

Po prostu EWA GREGOR

Skromna, mimo ponad dwudziestu lat na scenie. Zdystansowana wobec aktorstwa. Niezbyt przesądna. Wnikliwie obserwująca i otwarcie komentująca zmiany, jakie jej zdaniem zaszły w gdyńskim Muzycznym od lat 90. Z aktorką Ewą Gregor, w gustownie urządzonej garderobie numer 114,  rozmawiała Sylwia Firańska.


Do tego stopnia szanuje Pani swoją prywatność, że muszę zapytać: Ewa Gregor, czyli kto?


Ewa Gregor. Dziewczyna ze Szczecina, mieszkająca w Gdyni. Ceniąca sobie prywatność. Nie potrzebująca chyba tego całego blichtru.


Mama, aktorka? Mama i aktorka?

Mama. Kobieta i Mama. Kiedy jest się młodym, ważny jest zawód, ale następnie przychodzi życie prywatne i okazuje się, że ono jest bardzo ważne, mimo że w naszym przypadku trzeba je dopasować pod specyfikę zawodu.


Trudno jest dopasować prywatność pod życie zawodowe wraz z Tomaszem Gregorem?

Łatwo.


Łatwo? Pierwszy raz słyszę taką odpowiedź od aktorki.

Bez przesady. Mąż też jest aktorem i kiedy dzieci czasem zarzucają nam, że nie ma nas wieczorem w domu, tłumaczymy im, że w standardowej pracy za biurkiem też nie byłoby nas osiem godzin - tylko od rana do popołudnia. Każdy zawód niesie ze sobą jakieś ofiary.


Tak po prostu.

Oczywiście. Moja mama była przedszkolanką i jeszcze zanim zaczęłam uprawiać swój zawód, opowiadała mi o rodzinie aktorów i ich biednych, osamotnionych wieczorami dzieciach. Czasem zastanawiam się, co sobie myślą nauczycielki moich dzieci... 


Po dyplomie z marketingu i zarządzania, dlaczego nie chodzić na osiem godzin dziennie do spokojnej pracy przy biurku?

Jestem zadaniowa i nie mówię nie, ale na dzień dzisiejszy wolę nie próbować rutynowej pracy przy biurku. Do teatru przywiódł mnie taniec, ukończyłam studium choreograficzne, a tutaj, w Studium Danuty Baduszkowej, nauczyłam się także aktorstwa i śpiewu.


Gdy patrzy Pani na aktorów starszych od siebie, następnie na siebie, a potem na tych młodszych - istnieją różnice pokoleniowe w podejściu do zawodu, teatru, członków zespołu?

Tak i różnice te przechodzą falami. Bywały takie roczniki studentów, z którymi było naprawdę trudno dogadać się na scenie. Są pewne zasady w Teatrze, które trzeba uszanować. Tutaj docenia się przebojowość w połączeniu z pokorą. Osoby, które z nami zostają, naprawdę są fantastyczne. Po prostu kochają Teatr i ciężko pracują na sukces.


Jak to jest oddać jedną
z wiodących ról w spektaklu młodszej koleżance? Jak to było oddać Cajtlę, jedną z czołowych postaci „Skrzypka na dachu”?

Na ówczesne warunki, grając Cajtlę miałam już sporo lat. Aż trudno było mi wypowiadać kwestię „Mamo, ja nie mam jeszcze dwudziestu lat!”. Prosiłam grającą Gołdę Dorotę  Kowalewską, żeby mi tą kwestię jakoś przerywała! Co do oddania roli... na przekazanie Cajtli byłam już gotowa, ale zawsze jest żal
i wiem, że aktorka może naprawdę cierpieć, słysząc po raz pierwszy słowa „kolejna grupa wiekowa”. Teraz wiek traktuje się inaczej, ale kiedyś trzydziestolatka, kobieta zamężna i po porodzie była na scenie staruszką.


Trudno mi w to uwierzyć. Pani, Pani rówieśniczki i starsze od Was aktorki z naszego zespołu swoim wyglądem i kondycją... czasami po prostu mijają się z metryką.

Szaleństwem jest, że idąc na jakikolwiek casting trzeba przedstawić się z imienia, nazwiska i... wieku. Nie żartuję - w naszym zespole są koleżanki starsze ode mnie, aparycją, figurą i kondycją fizyczną na scenie przypominające... studentki. Teatr to sztuka wizualna, czasem nie warto zaglądać w liczby.


Istnieje różnica między współczesnym Muzycznym a Muzycznym, w którym Pani zaczynała?

Ogromna. Teraz współpracujemy z wieloma różnymi reżyserami i uważam to za dobre zarówno dla Teatru, jak i zespołu. Czuję, że gdyński Muzyczny rośnie w siłę, na deskach jego sceny pojawiają się coraz bardziej rozmaite propozycje, zaopatrujemy się w najnowocześniejszy sprzęt, nowe oświetlenie. Tak na marginesie, uwielbiam obserwować, ale też uczestniczyć w procesie powstawania spektaklu, składania tych puzzli w całość.


No właśnie - jak wyprodukować spektakl? Pani coś o tym wie.

Produkcja spektaklu to bardzo ciekawe zajęcie, myślę że zostałam do tego kilka razy wybrana ze względu na moją zadaniowość. Gdy Teatr był w remoncie, co wiązało się  z ograniczeniem naszej pracy, dostawaliśmy różne propozycje dodatkowych zadań. Ja podjęłam się produkcji „Pchły Szachrajki”, później „Tuwima dla Dorosłych”. Jako aktorka z doświadczeniem wiedziałam, który kostium będzie wygodny, jaki rekwizyt będzie dobrze prezentował się na scenie i jakie zamówić do nich materiały. Do tego dochodzi pilnowanie budżetu i dopingowanie pracowni do wytężonej pracy przed premierą. Produkcja spektaklu to wymagające, ale bardzo wciągające zadanie oraz obserwacja, jak z porozrzucanych elementów tworzy się całość.

Spotykamy się 10 stycznia i obie dobrze wiemy, że to dla Teatru data szczególna. Siódma rocznica śmierci poprzedniego dyrektora, a jednocześnie urodziny obecnego, Igora Michalskiego. Ponieważ większość Pani kariery splotła się z czasem dyrektorstwa Macieja Korwina, nie mogę nie zapytać - jakim był dyrektorem, jakim był reżyserem?

Można powiedzieć, że z poprzednim dyrektorem od samego początku miałam burzliwy związek. Najlepiej chyba oddaje go nasza rozmowa, która okazała się ostatnią. Powiedział: „Ile Ty razy już mnie wkurzałaś, ale tak naprawdę to cię lubię”. Dla wszystkich był dyrektorem, ale ja znałam go jeszcze jako turystę. Kiedy ruszyliśmy w kilkumiesięczne, zagraniczne tournee z „Szachami”, pierwszej produkcji zagranicznej jego reżyserii, gdy tylko miał dostęp do samochodu wymyślał jednodniowe wycieczki do pobliskich miasteczek i szukał wśród zespołu podobnych mu zapaleńców, których zabierał ze sobą.


A w Pani podobno drzemie dusza podróżnika.

Bardzo, właśnie oglądam domki wczasowe i miejsca na kolejny wyjazd. Nie jest łatwo zorganizować rodzinne wczasy, ale mamy to szczęście, że córki jeszcze są w wieku, w którym chcą z nami wyjeżdżać. Są wręcz obrażone, gdy nie bierzemy ich pod uwagę. Niektórzy poświęcają się tylko aktorstwu, ale mi się wydaje, że aktor musi mieć jeszcze kilka innych ścieżek, odskocznię, rzeczy w których również może się realizować, np. film, konferansjerkę, zajęcia z dzieciakami i znajomych spoza Teatru. Ja tego bardzo pilnuję. To pozwala zachować równowagę i zdrowy rozsądek.


A jak z przesądami? Wciąż funkcjonują wśród zespołu? Brak trumny na scenie, niebieskie nitki w kostiumach?


Nie wydaje mi się, nie jestem przesądna. Może i przydeptujemy nuty, gdy spadną i nie wchodzimy w butach na scenę, ale to bardziej nasze zwyczaje, niż zabobony. Chociaż... mamy z koleżankami jeden przesąd. Nie lubimy nosić kostiumów po koleżankach w ciąży.


Dlaczego? Taki przesąd teatralny chyba nie istnieje.

Zawsze śmiejemy się z tego... ale jednak staramy się ich nie ubierać, bo, być może, zajdziemy w ciążę? Czyli jednak coś z tych przesądów zostało.

Premiery 2020

,,Księga dżungli” na motywach opowiadań Rudyarda Kiplinga to najnowsza propozycja muzyczna skierowana do młodych widzów, jak i tych dorosłych. Świat egzotycznej dżungli nagle wyda nam się dziwnie znajomy. Czy w twardych, dzikich bestiach nie rozpoznamy ludzkich charakterów? Czy jest szansa na odnalezienie przyjaciół w dziczy? Muzyczna opowieść, poprzez multimedialną oprawę i zabawę z publicznością porusza odwieczny problem stereotypów. Uczula na zagrożenia i uczy akceptacji dla odmienności. Pokazuje, że nie możemy być obojętni, wobec zdarzeń gdzie dzieją się rzeczy niedobre, niesprawiedliwe
i krzywdzące. Czy rodzicielska miłość i prawdziwa przyjaźń może dać wystarczającą siłę, by odbudować poczucie własnej wartości? Będzie to również przypowieść o dążeniu do władzy, o odnajdywaniu swego miejsca w grupie, uczeniu się na błędach, a przede wszystkim mocy przyjaźni.


Reżyseria i scenariusz:

Jakub Szydłowski

Muzyka: Jakub Lubowicz

Kostiumy i charakteryzacja: Dorota Sabak

Scenografia i oświetlenie: Grzegorz Policiński

Choreografia:

Paulina Andrzejewska

„Mistrz i Małgorzata” multimedialne widowisko w reżyserii Janusza Józefowicza z muzyką Janusza Stokłosy. Zapowiada się poważne przedsięwzięcie zarówno pod względem artystycznym, jak
i technologicznym Ta Kultowa powieść XX wieku już we wrześniu zagości na deskach naszego teatru. „Mistrz
i Małgorzata” jest niewątpliwie największym dziełem Michaiła Bułhakowa. Szalony świat, w którym zarówno zło, jak
i dobro współistnieje na równych prawach. Świat, w którym nawet diabeł ma możliwość odkupienia, a potęga wiary daje wszystkim równe szanse. To także opowieść o potędze i sile miłości.. „Zresztą wszystkie teorie są siebie warte. Jest między nimi i taka, która głosi, że każdemu będzie dane to, w co wierzy. Niech się zatem tak stanie.” (Michaił Bułhakow)


Libretto: Jurij Riaszencew

Muzyka: Janusz Stokłosa

Teksty piosenek:

Andrzej Poniedzielski

Reżyseria i choreografia:

Janusz Józefowicz

Kierownictwo muzyczne:

Dariusz Różankiewicz

Scenografia: Andrzej Woron

Kostiumy:

Magdalena Maciejewska

Przekład: Olga Stokłosa

na zdjęciu: Jakub Szydłowski, Paulina Andrzejewska, Jakub Lubowicz

 

F - jak Facebook

Co to jest Facebook nikomu dziś tłumaczyć nie trzeba. Każdy przecież ma swój profil na tym medium, a jak go nie ma, to Go (jego)… nie ma. Kiedyś wszyscy przeglądaliśmy się w lustrze. Sprawdzaliśmy, czy uroda jest ok, czy ciuch dobrze leży. Ćwiczyliśmy miny i pozy. Dziś wszystko to mówi nam Facebook, a właściwie nasi na nim znajomi. Czekamy na te polubienia, kciuki, serduszka – sprawdzamy po prostu swoją popularność. Lubimy to. Nie polubiamy co prawda swoich wpisów, bo to obciach, ale stawiamy w głowie sami sobie tego uniesionego do góry kciuka. Na Facebooku spotykamy się wszyscy – bliżsi i dalsi. Jest nas tam mnóstwo. My mamy swoich znajomych, znajomi mają swoich, kolejni kolejnych… Jakiż to potencjał!!! Jak można nie wykorzystać takich możliwości? No więc wykorzystujemy. Prywatnie, służbowo, dowcipnie, serio, na smutno i na wesoło. Zalewają nas fale informacji, których nie sposób ogarnąć. A jeszcze jakby tego było mało są profile prywatne (prawdziwe i całkiem fałszywe), profile zawodowe (fanpejdże), profile firmowe, grupy tematyczne (otwarte i zamknięte), a do każdego profilu przypisany jest komunikator, na którym można pisać, a nawet dzwonić i rozmawiać. Koledzy aktorzy i koleżanki aktorki mają w sobie wrodzone umiejętności samopromowania i wyczucia marketingowego wykorzystania dostępnych narzędzi. Ogarniają więc te swoje kilka profili z zawziętą gorliwością, traktując je jako płaszczyznę miłego (przymilnego?) kontaktu z widzami, fanami, miłośnikami licząc po cichu na splendor i łechcące ego komplementy. Ale… uwaga! Na Facebooku grasują też hejterzy, czyli nienawistnicy, którzy w poczuciu zazdrości, własnych zgryzot leczą się z frustracji wylewając wiadra pomyj na Bogu ducha winnego tego czy owego, który przecież w dobrej wierze pomyka po stronach i profilach. No niestety. Nie każda wrażliwa istota artystyczna umie przyjąć ten ciężar, splunąć przez ramię i pójść dalej. Rzucają na tym Facebooku przykrym słowem, obelgą i błotem. Oblepia nas to czy tego chcemy czy nie. Pal licho, gdy padnie na instytucję – raczej się od tego nie zawali. Ale gdy na człowieka? Na artystę, aktorkę, wokalistę, performera, tancerkę? Trudno to godnie nieść i to nie tylko w życiu. Trudno na to nawet patrzeć na tym swoim profilu, który przecież przeglądają wszyscy znajomi. A ilu czyta te wpisy i, nie komentując, wyśmiewa je w cichości czterech ścian? Te fanpejdże, te łole… Łol, czyli ściana. A tak swoją drogą piszesz na ścianie, czy na łolu? I dlaczego na łolu, a nie na łoli? Przecież ściana to rodzaj żeński. Jeśli więc już przejmować wprost z angielskiego te obce wyrazy, to może chociaż rodzaj zostawić? Stosownie do wyrazu żeński lub męski. Po prostu polski :)

Jacek Wester

Zapraszamy na nasz profil na Facebooku

 

Z ostatniej chwili!!!

Z radością przyjęliśmy informację, że troje naszych solistów:

Karolina Trębacz, Katarzyna Wojasińska i Marek Richter otrzymało nominację kapituły redakcyjnej „Dziennika Bałtyckiego” do tytułu Osobowość Roku 2019 w kategorii Kultura.

Wszystkie informacje o plebiscycie Osobowość Roku 2019 można znaleźć tutaj: