Antrakt

Teatralnik

projekty sr.jpeg
 

w tym wydaniu:

* Coś się psuje? Nie, to plotki - wstępniak Jacka Westera

Na lodówce wisi teatralny plan - z Karoliną Trębacz rozmawiała Renia Kempys

Światła teatralne nigdy nie gasną - z Wojciechem Stefaniakiem, scenografem spektaklu „Something Rotten” rozmawiały Marta Kurzacz i Magdalena Kazała

Z jeziora... po pomidora? - felieton Andrzeja Śledzia 

N – jak narkotyk - alfabet Muzycznego - Jacek Wester

* "Something Rotten" w liczbach

 
300110902_5379024992135404_4008894214176011080_n.jpeg

Coś się psuje? Nie, to plotki.

Lato było nienajgorsze. Wakacje raczej słoneczne i obfite w podróże dalsze i bliższe i towarzyskie spotkania. Gdynia nie opustoszała wakacyjnie. Wręcz przeciwnie. Gwar uliczny na mieście nie malał.  Od pewnego już czasu, jeszcze długo przed wakacjami, po mieście krążyły plotki, że w Teatrze Muzycznym coś się psuje. Jako redaktor naczelny - dobrze zorientowany w teatralnych nowinach (jak każdy dziennikarz mam swoich tajnych informatorów) - pragnę zająć stanowisko w tej sprawie i zdementować tę niecną famę. Owszem, informatorzy donoszą, że wszędzie coś się psuje. Świat, który nas otacza w coraz mniejszym stopniu zależy od siebie. Psują go ludzie – swoją złą wolą lub partackimi zaniechaniami. Klimat mamy taki, na jaki zasłużyliśmy na skutek naszych ludzkich wyborów. Jest jak jest i trzeba przyznać, że nie jest łatwo. Ani nam, ani tym bardziej przyrodzie. Także w teatrze nic nie dzieje się samo. Mieć będziemy tak, jak sobie urządzimy. Ale na szczęście jest tu u nas wiele dobrych ludzi i duch jest dobry od lat, i wszystkim nam zależy, żeby było jak najlepiej. Dlatego nic tu u nas się nie psuje. A jeśli już los sprawia, że coś pójdzie nie tak, to się to po prostu naprawia. Szybko i sprawnie. Nasz teatralny organizm ma już blisko 65 lat i nie dziwne są pewne awarie. Budynek jednak się modernizuje, sprzęt uzupełnia o najnowsze wynalazki, repertuar dostosowuje do współczesnych trendów. Dlatego też po to właśnie w ten teatralny organizm każdego roku wtłacza się hektolitry świeżej, młodej krwi, żeby nie pozwolić na rozkład, zapaść i teatralny marazm. Nasz teatr był i będzie młody i nowatorski. Znamy bowiem metodę i receptę na wieczną młodość naszych poczynań. Recepta ta trzyma nas w ryzach zdrowego optymizmu i pozwala na ciągłe trwanie pomimo burz i zmieniających się okoliczności otaczającego nas świata. Idziemy po prostu do przodu. Każdy rok przyciąga do teatru nowych zdolnych adeptów sztuki musicalowej, każdy rok przynosi nowe tytuły i odpowiada na zapotrzebowanie nowej, coraz młodszej widowni. Nie zapominamy jednak o tych, którzy są z nami od dawna. Jesteśmy wciąż „on time” z naszymi od lat wiernymi i całkiem nowymi widzami.

I właśnie teraz, u progu jesieni pragniemy Was zaprosić na wydarzenie wyjątkowe. Na krótką, dowcipnie skonstruowaną historię musicalu. Obiecujemy, że nic się nie zepsuje. Ta „podła” plotka, która krąży po mieście i internetowych meandrach, to zapowiedź dobrej zabawy. To polski podtytuł wspaniałego angielskiego musicalu, który swoją polską prapremierę może mieć tylko w Gdyni, bo tylko to miejsce, ten zespół i ten teatr gwarantują poziom odpowiedni do wymagań, którym trzeba sprostać. U nas będzie jak na West Endzie, bo u nas jest taka tradycja, której nic już chyba nie może zepsuć. Tak, tak. Nic się u na nie psuje. A ten prowokacyjny polski podtytuł to tylko taki haczyk. Przyjdź, zobacz, sprawdź. Wszystko działa jak należy, choć w kółko wszyscy gadają, że jednak coś się psuje. Co tu może się zepsuć? Co tu może pójść nie tak? Choć nie widzę takich zagrożeń to jednak przyjdę i sprawdzę osobiście. Nie gram bowiem w tej sztuce i nic o nieudanych meandrach jej powstawania nie wiem. Wiem tylko, że tworzą ją najlepsi – realizatorzy, odtwórcy ról, obsługa sceny.  Nie wierzę więc, że coś się zepsuje. Ale jeśli jednak „Coś się psuje”, to trzeba nad tym trzymać pieczę. Trzeba przyjść, zobaczyć, ocenić. Może być przecież i tak, że się psuje, ale (na skutek tej pieczy) jednak się nie zepsuje. Z tą wiarą zapraszam wszystkich na widownię. Zobaczymy, czy jest się o co obawiać. Osobiście nie sądzę.


Jacek Wester

karola.jpeg

Na lodówce wisi teatralny plan

Umówmy się – większości nie trzeba jej przedstawiać. Największe musicale gdyńskiego Muzycznego nie mogą się bez niej obejść! Czy jest coś poza sceną…? Z Karoliną Trębacz rozmawiała Renia Kempys.


Czytelnikom „Antraktu” nie trzeba Pani przedstawiać. Zacznę od pytania o premierę „Something Rotten”. Gra Pani Beę, żonę jednego z głównych bohaterów. Postać wyrazistą i myślę, że to dla Pani charakterystyczne. Zwykle kreuje Pani mocne babki.


Muszę przyznać, że się nad tym nie zastanawiałam. Faktycznie, to kolejna silna postać, która ma wpływ na bieg wydarzeń. Fajnie : )


Niektóre role gra Pani po prawie kilkanaście lat, np. Jagnę. Na przestrzeni czasu zmienia się sposób gry?


Oczywiście, każda moja postać z czasem dojrzewa i zmienia się w granicach jakich oczekuje reżyser. Uwielbiam to,

że odnajduję nowe kolory, przemyślenia – to jest wspaniałe. Dzięki tej niesamowitej różnicy fajnie jest grać tytuł kilka lat. W filmie robi się rolę raz i koniec, a tutaj można jeszcze odnaleźć nowe rzeczy.


W Muzycznym obsady rzadko się zmieniają, mimo że tytuły są grane wiele lat. Nie uważa Pani, że powinno się dać szansę młodym aktorom?


Tutaj się nie zgodzę, bo np. „Skrzypek na dachu” to tytuł, gdzie zmieniała się obsada i młode dziewczyny dostawały role córek. Myślę, że jeśli będziemy grać „Chłopów” jeszcze bardzo długo, to nadejdzie ten moment, że będę musiała oddać rolę, ale podpytuję o to ludzi i na razie wszystko się zgadza.


Ale szkolenie sobie młodej dziewczyny, którą mogłaby Pani pokierować, która podpatrywałaby Panią w danej roli…


To by musiało być odgórnie zadecydowane przez reżysera. Nie wiem też, czy to byłoby komfortowe. To bardzo delikatne sprawy i trudne dla psychiki. Jeżeli przyjdzie taki moment, to oczywiście będę pomagała – jeśli taka pomoc będzie potrzebna. Zobaczymy, może ten tytuł zejdzie z afisza samoistnie.


Oby nie.

Tak, to jest bardzo dobry tytuł.

 

Zamiłowanie do teatru Pani córki naturalnie przejęły?


Naturalnie. Starszą córkę próbowałam trochę chronić. Były w teatrze castingi, potrzebowano dzieci. Celowo jej o tym nie mówiłam, ale potem się dowiadywała i miała do mnie żal. Znam swoje córki i czułam, że psychicznie może jeszcze nie być gotowa. Może się pomyliłam, może nie. Żal był. Przy młodszej córce postanowiłam nie robić tego błędu i mówiłam o różnych przesłuchaniach. Miała sama zdecydować, czy chce pójść. Oczywiście chciała i widzę, że wsiąkła. Kocha teatr, uwielbia tu być. Zobaczymy co z niej wyrośnie.


Jesteście razem na scenie

w „Wiedźminie”.


Tak, w „Wiedźminie” jestem babcią mojej córki.


Czyli teatr w życiu rodzinnym jest obecny.


Jest. Na lodówce wisi mój teatralny plan i rodzina jest podporządkowana. Mąż też się tego nauczył. Wszelkie wyjazdy, imprezy, jego sprawy są jakby mniej ważne. Wynikło to naturalnie, bo ten zawód taki jest. Nie mogę sobie nagle wziąć wolnego. Na szczęście mój mąż jest bardzo wyrozumiały. Jakoś udaje nam się tak funkcjonować.


Czy w takim razie Karolina Trębacz kiedyś wychodzi z roli i z teatru?

 

Oczywiście. Zawsze wychodzę z roli, zamykam ją w garderobie. Schodzą ze mnie emocje i wracam do domu już jako matka, żona i kochanka :)

scenografia.jpeg

Światła teatralne nigdy nie gasną

Z Wojciechem Stefaniakiem, scenografem spektaklu „Something Rotten” rozmawiały Marta Kurzacz i Magdalena Kazała.


Widzowie Muzycznego nie raz podziwiali na scenie Pana prace scenograficzne. Tym razem jednak chciałabym porozmawiać o najnowszym projekcie. „Something Rotten” to ogromna produkcja sprowadzona do Gdyni prosto z Broadwayu. Jak długo trwały prace nad scenografią?


Realizacja każdego musicalowego projektu trwa długo, nawet dwa czy trzy lata od momentu wyboru tytułu. Intensywne myślenie zaczyna się, gdy mamy wszystko dopięte na ostatni guzik – pozyskaliśmy prawa, znamy datę premiery. Wtedy zaczynamy pracę. W przypadku „Something Rotten” praca scenograficzna trwała około roku i zapoczątkowana była rozmową z reżyserem. Później powstawały wstępne projekty, aż w końcu zaakceptowano projekt wykonawczy. Sam proces produkcji tej scenografii rozpoczął się w lutym, a na początku sierpnia mieliśmy już pierwszy montaż na scenie Teatru.


Jakie są więc wyzwania w pracy w Muzycznym?


Wyzwania? To jest wielka radość pracować w Teatrze Muzycznym w Gdyni i zawsze to mówię (śmiech). W każdej pracy najważniejsza jest atmosfera, ludzie, profesjonalizm pracowników i to wszystko, jest w Gdyni. To jest teatr, który jest najlepszym przykładem tego, jak powinna być prowadzona taka instytucja i jak można czerpać przyjemność z pracy w takim miejscu. Muzyczny w Gdyni jest u mnie zawsze numerem jeden. Dla mnie jako scenografa cały proces przenoszenia mojego pomysłu na scenę jest największą radością. Wszystko zaczyna się w pracowni, gdzie projektuje, potem wykonuję makietę w skali 1:20, która mieści mi się w bagażniku samochodowym (śmiech), by na koniec przyjechać po wielu miesiącach i widzieć to wszystko na scenie teatralnej. Muzyczny w Gdyni to instytucja, która jest najlepszym przykładem tego, jak marzenia mogą przekuwać się w rzeczywistość.


W takim razie czy ta radość ze współpracy z Teatrem Muzycznym łączy się też z radością ze współpracy z Tomaszem Dutkiewiczem?


Przyjaźnimy się i pracujemy razem już 15 lat. Nie zliczę już chyba ilości spektakli, które wspólnie zrobiliśmy. Na pewno są to dziesiątki. Zjeździliśmy razem pół świata. Zawodowo znamy się jak przysłowiowe „łyse konie” (śmiech). Prywatnie chyba też (śmiech). To także jest bardzo ważne i stanowi kolejny dowód na to, że przyjaźnie zawodowe mogą się przekuwać w przyjaźnie osobiste.


Czy  podczas produkcji scenografii zdarzają się jakieś konflikty w relacji scenograf-reżyser?


Z Dutkiewiczem? Nigdy (śmiech).


A z innymi? (śmiech)


Nie, nie, to był oczywiście żart (śmiech). Ostateczne zdanie zawsze należy do reżysera. Zaletą kolejnej współpracy dwóch tych samych twórców jest to, że każda wspólna produkcja sprawia, że poznajemy się lepiej. W pewnym momencie wiemy już czego od siebie oczekiwać. Tak, jak powiedziałem – kapitanem na tym statku jest zawsze reżyser, a ja dokładając cząstkę siebie do produkcji, przede wszystkim muszę uszanować jego pomysł i wizję.


A gdy teatralne światła gasną i kurtyna opada, kim się Pan staje? Czym zajmuje się Wojciech Stefaniak poza teatrem?


Jedzie do następnego teatru (śmiech). Światła teatralne nigdy nie gasną. Na szczęście! (śmiech) Pracuję bardzo dużo. W swoim dorobku mam już około 400 scenografii, więc prawdą jest, że w jednym teatrze światła gasną, w drugim zapalają się. Jednak oczywiście przystankiem między pracą jest mój dom. Mieszkam w Kaliszu, czyli w środku Polski. W tym domu mam rodzinę, psa (śmiech). Tam mam też przede wszystkim swoją pracownię. Nie potrafię tworzyć poza nią. Wszystkie projekty, które powstają, rodzą się w mojej przestrzeni, przy użyciu moich narzędzi. Dopiero później idą w świat…


A gdyby dostał pan propozycję wstawienia czegoś do Muzeum Scenografii pod nazwiskiem Stefaniak, to co by Pan wstawił?


Siebie! (śmiech)


Po prostu? (śmiech)


Nie wiem, naprawdę, nie wiem. Myślę, że na pewno którąś z realizacji dla Muzycznego. Bankowo. Może Gorączkę Sobotniej Nocy? Bardzo ją lubiłem. Choć z drugiej strony dużą radość dają mi też małe, kameralne realizacje. W nich można sprzedać trochę więcej poetyki, bo tutaj (w Muzycznym) oprócz warstwy plastycznej, tworzymy wielkie machiny do grania. Wszystko musi pasować. Mniejsze scenografie są bardziej oniryczne i też noszę je głęboko w sercu.

uklony.jpeg

Z jeziora... po pomidora?

Tęskniliście? To miłe!
Nie dziwcie się, że mamy tak długie wakacje. Dla Was rzeczą naturalną jest to, że nic nie psuje sobotniego wieczoru, czy niedzielnego popołudnia spędzanego np. w teatrze. To przecież wasze wolne soboty i niehandlowe niedziele na które zasługujecie po solidnie przepracowanym tygodniu. My odbieramy je sobie po solidnie przepracowanym całym sezonie. Czyli już nie jest tajemnicą, ani miejską legendą skąd się aktorskie wakacje biorą. Jak było w skrócie? Ano krótko, ale intensywnie, bo aura w tym roku nie skąpiła ciepłych dni. Najpierw kilometry w nogach na jednośladzie po leśnych trasach, a potem nura w resztę pięknych okoliczności przyrody, gdzie głównie na aurze wypadało się skupiać. Jak bardzo jej letnia odsłona pięknie podkreśla urok tych wszystkich cudów natury wokół. Zwłaszcza tych, których jeszcze „coś” nie zepsuło... ludzką  ręką. Bo jeśli „Coś się psuje” to nie czarujmy się - mamy w tym swój udział. Cieszyło mnie więc bardzo to co widzę, bo dawało nadzieje, że jeszcze można wiele ocalić. Skoro jeden człowiek, opiekun miejsca w którym byłem tak pięknie o nie zadbał.  Bez płomiennych deklaracji, frazesów i pustosłowia - cicho i niemal nieobecnie pilnując zgodności z naturą. Dlatego właśnie nic się w jego otoczeniu nie psuje. Dobrze jest przebywać w miejscu, któremu nie przygrywa rozstrojony akordeon, a otacza je zewsząd tylko czysta harmonia.
Pierwsze słowa mojej z wami pogawędki rodziły się jeszcze w przeźroczystych wodach lobeliowago jeziora ukrytego pośród iglasto-liściastej kniei. Lobelia to nawodna roślina, kwitnąca niezwykle wybrednie tylko w najczystszych akwenach. Znakomity drogowskaz przy wyborze miejsca na wypoczynek. Zanurzony w tej czystości i harmonii sączyłem co rano - z poranną kawą - cudowną słodycz „nicnierobienia”, upajając się nią aż do końca dnia. Wspaniałe antidotum na zmęczenie i stres po zapracowanym sezonie.
Czy coś się zatem psuło? Jakoś gorące słońce nie nastrajało do dziennikarskiej krzątaniny. Z niemałym więc trudem sięgałem po kolejne kartki z notatnika. Jezioro wabiło i kusiło perspektywą ochłody, cokolwiek psując poczucie dziennikarskiego obowiązku. Koniec końców jestem z Wami w jako takiej przytomności. Uzbrojony w długopis i zaklęcie Ali Baby ogłaszam: Sezonie otwórz się! Po raz czterdziesty któryś rzucam się w wir artystycznych poszukiwań. Koledzy mówią tajemniczo, że „Coś się psuje”. Tutaj ulokuje więc dziennikarską dociekliwość. Okazuje się, że przewrotny tytuł nadchodzącej premiery nie wieszczy niczego złego w teatrze pod Kamienną Górą. To jedynie sprytny wybieg autorów sztuki, by zwabić was na widownię. Można śmiało konsumować szekspirowskie inspiracje twórców. Nawet po kilkuset latach obecności na scenach geniuszu mistrza ze Stratfordu, to wciąż artykuł pierwszej świeżości. Arcysmaczny kąsek! Szczególnie w scenerii elżbietańskich dekoracji teatru The Globe.
A wszystko to dla musicalowych smakoszy. Nie ma mowy o żadnym zepsuciu! A pomidory?... Zostawcie na zupę!
Smacznego!                                                                                    
Andrzej Śledź

 
piora.jpeg

N - jak narkotyk

Słowo narkotyk pochodzi z greki (narkōtikós) i znaczy „oszałamiający”. Potocznie przyjęło się tak nazywać niektóre substancje psychoaktywne działające na ośrodkowy układ nerwowy. W opinii obiegowej przyjęło się sądzić, że artyści są grupą szczególnie chętnie sięgającą po narkotyki. Otóż w tym numerze to już kolejna plotka, którą muszę zdementować. Artyści (zwłaszcza naszego teatru) w żaden sposób nie są uzależnieni od jakichkolwiek substancji psychoaktywnych. No może jedynie od teatralnego kurzu, który czasem zalega w jakichś zakamarkach. Znacznie bardziej uzależnia nas atmosfera tego miejsca, a tę jak wiadomo tworzą ludzie. Tak więc pouzależnialiśmy się nieco od siebie – to fakt. Ale mogę zapewnić, że ten rodzaj uzależnienia jest zdrowy i polecamy go każdemu.

Zresztą nie musimy za bardzo polecać, bo pośród ogromnej rzeszy widzów naszego teatru znajdują się osoby mocno uzależnione od teatralnego fotela. Niektórzy pokonują wiele kilometrów, żeby zasiąść na widowni i obejrzeć swój ulubiony tytuł, swoich ulubionych aktorów i usłyszeć ulubioną muzykę. Przy tym trzeba wspomnieć, że potrafią oglądać jeden spektakl kilkanaście razy, znają go niemal na pamięć łącznie z songami i choreografią. Uzależnienie to kosztuje niemało i uszczupla miesięczny budżet. Pod tym względem uzależnienie od teatru przypomina uzależnienie od narkotyków. Działa również podobnie - pobudza zmysły, wprawia w stan egzaltacji i wzruszenia lub przynosi uczucie ukojenia, relaksu i zachwytu. Sprawia też, że na kilka godzin przenosimy się w inny, urojony świat. Nie wywołuje jednak fizycznych spustoszeń w organizmie uzależnionego – no może jedynie w jego portfelu. Ten rodzaj narkotyku, który jest rodzajem teatralnej atrapy rzeczywistej substancji psychoaktywnej, możemy polecić z czystym sumieniem jako produkt zdrowy, atrakcyjny, poszerzający horyzonty, pełen estetycznych doznań kształtujących dobry gust i smak. Zatem do zobaczenia w kręgu uzależnionych Anonimowych Teatromanów.

                                                                                                      

Jacek Wester

 

"Something Rotten" w liczbach

W pracowni krawieckiej powstało 150 kostiumów.  Na 1 suknię z halką zużyto 9m materiału.  

Na 1 pludry zużyto 5m materiału


W pracowni modniarskiej powstało 68 nakryć głowy. Z 50m materiału powstały m. in: birety i czepki dla Purytanek


Do produkcji scenografii zużyto: 1,5t aluminium. 8m3 drewna, 600m2 wydruków, 2,5t stali, 500m2 płyt z tworzywa sztucznego.

kosti.jpeg