top of page
1080_1080_posty_fejs_Antrakt.jpg

Teatralnik

TEATRU MUZYCZNEGO W GDYNI

Artykuły: Welcome

w tym wydaniu:

WSTĘPNIAK - Quo vadis - aktorskie ścieżki - Katarzyna Kurdej 
NEWS i Ewa Lachowicz specjalnie dla Antraktu
WYWIAD - Szybka przepytka Mateusza Pietrzaka - Sylwia Firańska 
FELIETON - "Teatr mój widzę" bezpieczny - Iza Pawletko 
LIMERYK - z szuflady Deskiewicza 
SAGA musicalowa w odcinkach - Gdyńskie szlaki polskiego musicalu - Jacek Wester odc.1 
ALFABET TM - S jak sufler

Quo vadis – aktorskie ścieżki

Nasze ciała - chodzą od kulisy do kulisy, przemierzają scenę, zbiegają po teatralnych schodach, drepczą w pośpiechu do garderoby lub suną niemrawo w stronę bufetu. Nasze umysły i serca zaś przemieszczają się płynnie po wewnętrznej trasie „rola – ja”. Jesteśmy bezustannie w ruchu. Wędrujące osobowości. Gdyby ktoś postanowił pomierzyć i rozrysować teatralne trasy naszych ciał, bez wątpienia natrafiłby na powtarzające się cyklicznie wzory. Każdy tytuł byłby osobną mapą aktorskich kroków. Mamy bowiem swoje przedspektaklowe rytuały – godzinę przychodzenia do pracy, czas spędzony w charakteryzatorni i u fryzjerek, rozgrzewkę w kulisach lub na scenie, kawę w BarDuszku... Już tutaj pojawiają się niemal graficzne schematy. Spotykamy co dnia tych samych ludzi w dokładnie tych samych miejscach. Podczas spektakli ta mapa rysuje się jeszcze wyraźniej. Z sezonu na sezon kształtują się matryce naszych ludzkich interakcji. Na przykład - zawsze podczas drugiego aktu „Wiedźmina”, gdy Braenn śpiewa swój numer o niepamiętaniu własnego imienia (wybaczcie ten skrót myślowy i wręcz prostackie uproszczenie tej w istocie dramatycznej piosenki o szukaniu tożsamości i o samotności) siedzę w lewej kulisie w kostiumie jaszczurki i czekam na swoje wyjście (a raczej wyjazd;) na scenę. Zawsze, niezawodnie w tym samym momencie, przechodzi tamtędy Wiedźmin we własnej osobie i przybija ze mną symbolicznego żółwika lub inną piątkę. W tej zwykłej ludzkiej sytuacji jesteśmy aktorami, dobrymi znajomymi z pracy, jesteśmy sobą. Niebawem jednak spotykamy się na scenie jako Eithne i Biały Wilk w ostrej wymianie zdań. Patrzymy na siebie już inaczej. Nasze umysły swobodnie wędrują trasą od prywatnego „ja” do „ja” postaci, a my nie rozkminiamy tego po godzinach ani nie zastanawiamy się nad przebytą drogą. Po prostu przemierzamy siebie i niesiebie tam i z powrotem bez problemu. Powtarzamy te same szlaki raz po raz. Jagna za każdym razem przebiera się w kulisach w tym samym miejscu, tak samo czule patrzy na garderobianą po czym, z ciężkim sercem, idzie wyrzygać Hance całą prawdę. Tewie co dnia mija za kulisami ten sam zestaw kolegów po fachu, którzy chwilowo grzeją fotele na korytarzu, a zaraz potem widzi ich posępne twarze w brutalnej awanturze na weselu. I tak spektakl za spektaklem…

Od niedawna zaczęliśmy wytyczać nowe trasy. W sierpniu czeka nas żmudna praca wydeptywania nieznanych dróg, którymi podążą nasze ciała. Musimy odkryć nowe ścieżki naszych scenicznych osobowości, a we wrześniu powoli ukształtuje się mapa naszego najnowszego musicalu. Dokąd podążymy tym razem? Na to pytanie nikt nie zna póki co odpowiedzi. Dopiero zaczynamy wspólną wędrówkę…


A jak ukształtowała się mapa kolejnego wydania Antraktu? Podążajcie wzrokiem za nami;)

Miłego czytania drodzy podróżnicy.


KKM

NEWS

  • trwają próby do wrześniowej prapremiery „Quo vadis”

  • 25 maja odbyła się premiera koncertu „Bądź Vintage” stworzonego w ramach Projektu Inicjatyw Aktorskich przez Ewę Walczak i Agatę Walczak (utwory z repertuaru Koterbskiej, Niemena, Jeden Osiem L czy Sanah w unikatowym, dawnym brzmieniu)

  • rozpoczęły się próby do spektaklu „Na miłosnym ringu” - Marek Sadowski - scenariusz, reżyseria, przygotowanie wokalne, Patryk Skarbek-Tłuchowski - aranżacje, Ewa Mociak - choreografia, Izabela Czech - scenografia i kostiumy, w obsadzie Anna Fabrello, Monika Sendrowska, Andrzej Śledź, Oliwia Drożdżyk i Filip Bieliński

  • 14 czerwca w TM w Toruniu odbędzie się premiera spektaklu  „Excentrycy" w reżyserii Jakuba Przebindowskiego (inscenizacja będzie teatralną adaptacją książki Włodzimierza Kowalewskiego przygotowaną specjalnie na jubileusz 10-lecia Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego w Toruniu). W obsadzie nasz absolwent Michał Zacharek

  • w TM w Łodzi odbyła się prapremiera autorskiego musicalu „Dracula” w reżyserii Jakuba Szydłowskiego z muzyką Jakuba Lubowicza, choreografią Jarosława Stańka i Katarzyny Zielonki oraz kostiumami Anny Chadaj i scenografią Grzegorza Policińskiego. W głównych rolach nasi młodzi aktorzy: Oliwia Drożdżyk jako Lucy Westenra oraz Filip Bieliński jako Jonathan Harker, a także nasi adepci: Jeremiasz Gzyl, Damian Aleksander, Wojciech Daniel i Agata Bieńkowska. Pierwsze recenzje nie pozostawiają wątpliwości. Jest sukces! 

<<"Dracula" w Teatrze Muzycznym w Łodzi to doświadczenie monumentalności w orkiestrowej muzyce, majestatycznej scenografii i zmysłowych choreografiach… Muzyka brzmi filmowo, przestrzennie i dostojnie!… Kostiumy są prawdziwymi dziełami sztuki>>

Maciej Gogołkiewicz, Musicalowe.info

„Ta historia przedstawiona na łódzkiej scenie wiele zyskuje nie tylko dzięki fantastycznej scenografii, kostiumom i interesującej choreografii (wilki i upiory tańczące w mroku – świetne!), ale przede wszystkim przez to, że jest bardzo dobrze zagrana i zaśpiewana.”

 Beata Baczyńska „Gazeta Świętojańska”

„Przedstawienie mrozi krew w żyłach, dostarczając solidnej porcji strachu… i zachwytu.”

 Magdalena Sasin „Kalejdoskop”

  • w Teatrze Syrena rozpoczęły się próby do „Heathers” w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej. W obsadzie nasi absolwenci: Patrycja Jurek, Stefan Andruszko, Agnieszka Rose i Klaudia Kuchtyk

  • w Teatrze Miejskim w Gliwicach ekipa Płoszajscy, Cyran, Korzyński, Kitamikado stworzyli spektakl muzyczny „Pan Kleks. Powrót”. W obsadzie nasza absolwentka Alicja Stasiewicz jako Meluzyna 

  • TM w Poznaniu przygotowuje na wrzesień musical  „Drogi Evanie Hansenie” w reżyserii Pawła Szkotaka. W spektaklu będzie można zobaczyć „naszych”: Macieja Badurkę, Dagmarę Rybak, Bartosza Sołtysiaka, Joannę Rybkę-Sołtysiak, Maksymiliana Pluto-Prądzyńskiego i Macieja Zaruskiego

  • w Teatrze Polskim w Szczecinie tandem Józefowicz Stokłosa przygotowują nową wersję autorskiego musicalu w 3D "Polita”. W roli tytułowej - Apolonii Chałupiec (pseudonim artystyczny Pola Negri) - nasza absolwentka Sylwia Różycka

  • TM Roma wypuścił album z utworami muzycznymi z musicalu „Once” – w obsadzie nasz absolwent Paweł Mielewczyk 

  • na wrzesień planujemy nagranie płyty z piosenkami z mini-musicalu „Tylko grzecznie” 

  • ZASP (Związek Artystów Scen Polskich) walczy o wprowadzenie odpowiednich zapisów w projekcie nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Póki co nowelizacja przewiduje tantiemy z tytułu rozpowszechniania utworów audiowizualnych w internecie, ale nie uwzględnia zapisów ustawowych gwarantujących twórcom i artystom wykonawcom wynagrodzenia z tytułu rozpowszechniania utworów audiowizualnych z ich udziałem na platformach cyfrowych i sieciach kablowych (więcej info na stronie


    www.zasp.pl)



Artykuły: Latest News
Untitled

Ewa Lachowicz

Aktorka, wokalistka, psycholożka oraz vocalcoach w holistycznym podejściu do głosu. Absolwentka Poznańskiej Szkoły Baletowej, Studium Wokalno-Aktorskiego przy TM w Gdyni oraz psychologii na SWPS w Warszawie, certyfikowana trenerka TUS (Trening Umiejętności Społecznych), praktyk Integracji Oddechem (Szkoła Coachingu Oddechem CUUD). Najbardziej znaczące role: Hermia w „Śnie nocy letniej” w reż. W.Kościelniaka, Hunyak w „Chicago” w reż. M.Korwina, Eponina w „Les Miserables”, Kathy w „Deszczowej piosence”, Sandy w „Grease”, Demeter w „Kotach”, Rosie w „Mamma Mia!” w reż. W.Kępczyńskiego, Mimi w „Rent” w reż. J.Szydłowskiego.


Specjalnie dla Antraktu o różnicach w tworzeniu spektaklu autorskiego od podstaw i spektaklu na licencji, a także o pracy z Wojtkiem Kościelniakiem.


„Przy pracy nad „Snem nocy letniej” (premiera 27.10.2001 rok) przeżyłam coś niemal metafizycznego. Ten trójgłowy smok w postaci Kościelniaka (reżyseria), Stańka (choreografia) i Możdżera (muzyka) dawał poczucie takiego zintegrowania w spektaklu i takiej spójności, jakiej już nigdy później nie doświadczyłam. To była praca syntetycznie twórcza, której towarzyszyły szacunek, empatia i nieustanne podsycanie kreatywności. Byłam szczęśliwa idąc na próby. Wierzyłam i ufałam tym ludziom. Role w „Śnie..” były tworzone zupełnie od podstaw. Potem, podczas prób do innych produkcji, kreowałam postaci w pewnym sensie powielane, gotowe, grane wcześniej na Broadwayu, West Endzie czy w filmie, było się czym i kim inspirować i już mniej doświadczałam tych momentów zaskakujących i twórczych. A ja sama dla siebie lubię być inspiracją, lubię czerpać ze swojego ciała i psychiki. Wolę szukać postaci w sobie, niż odnajdywać ją w wykonaniach innych aktorów. Zawsze jestem „swoja”. Największą różnicę jednak dostrzegam we wspólnocie tworzenia i w głębokim procesie jaki się przechodzi robiąc musical zupełnie od początku, bez wcześniejszego wzorca. Spektakl autorski jest absolutnie pierwszy we wszystkim i, co najfajniejsze, z nikim Cię nie porównują. Kościelniak jest wizjonerem. Wtedy, mając 22 lata, jako aktorka byłam Nim absolutnie zafascynowana.”

Artykuły: Feature Story

Wywiad

Untitled

Szybka przepytka... Mateusza Pietrzaka

Kolejna historia z cyklu „miałem zostać w Gdyni na chwilę, związałem się na dłużej”. Mateusz Pietrzak - tancerz, choreograf, pedagog, oczarował Was po raz pierwszy na scenie podczas występów w popularnym musicalu „Notre Dame de Paris”. Wielką przyjemność sprawia obserwowanie jego rozwoju i kolejnych projektów, w których nie tylko tańczy, lecz także urzeczywistnia własne wizje choreograficzne. Tym razem do imponującego CV dołoży „Quo Vadis”.

W Gdyni znalazłem się… W 2016 roku, na castingu do spektaklu „Notre Dame de Paris”. W tamtym okresie byłem solistą Kieleckiego Teatru Tańca. Tam zdobyłem spore doświadczenie i mogłem realizować się jako tancerz i choreograf. Wraz z KTT występowałem na deskach wielu teatrów w Polsce i za granicą, m.in. w Chinach, Niemczech czy Izraelu. Teatr Tańca i ten zespół znaczył dla mnie bardzo wiele, natomiast same Kielce nie spełniały moich oczekiwań. Gdy cała Polska zaczęła mówić o castingu do słynnego „Notra” pomyślałem, że to jest ten moment. Po morderczych castingach i długim oczekiwaniu, odbierając telefon od Pawła Bernaciaka z zaproszeniem do obsady skakałem z radości. Próby, premiera, długie sety dawały mi siłę i zawodowe spełnienie. Podpisując kontrakt myślałem, że Gdynia będzie jedynie przystankiem na kolejne trzy lata, a tymczasem za mną już cztery tytuły na gdyńskich deskach, projekty choreograficzne i praca ze studentami. Chcę jeszcze więcej! : ) Teraz nie wyobrażam sobie mieszkać nigdzie indziej. Teatr przy plaży, gdzie mój syn ma najwspanialszą piaskownicę to dla mnie największa radość. Przy tej ilości działań Gdynia uspokaja mnie i daje mi namiastkę ciągłego urlopu.

Z żoną najchętniej tańczę… Gdy nikt nie patrzy! A tak serio, poznaliśmy się na studiach taneczno-choreograficznych w Łodzi. Dawno temu:) Od tamtego momentu nasze ścieżki zawodowe wciąż się łączą. Pracowaliśmy razem w teatrze tańca, graliśmy tutaj w Muzycznym, prowadzimy wiele szkoleń i warsztatów, a przede wszystkim dzielimy się pasją i miłością do tańca. Pomimo wielu zawodowych perspektyw, najlepiej tańczy mi się z żoną na weselach:) Jesteśmy wtedy sobą, prywatni, stopy nie muszą być na maksa naciągnięte a kolana proste. Przed nami nowe wyzwanie, „Quo vadis”, w którym jestem po drugiej stronie, a Gracja spełnia moje choreograficzne wizje.

Z Wojciechem Kościelniakiem pracuje mi się… Wybitnie! „Quo vadis” jest naszym szóstym wspólnym projektem. Myślę, że w tym czasie wiele się od siebie nauczyliśmy i zadbaliśmy o naszą relację. Wojtek jest wspaniałym reżyserem, pozwala mi się spełniać, a przede wszystkim daje mi być sobą. Niezwykle to szanuję i cenię. Dzięki niemu czuję, że się rozwijam. Mamy wspólny cel, choć to oczywiste, że czasem mamy odmienne zdania, co z kolei wprowadza nas na kolejny level relacji. Myślę, że naszym wspólnym mianownikiem jest pasja, oddanie projektowi i pochłonięcie nim do granic - to pozwala nazwać mi współpracę z Wojciechem Kościelniakiem wybitną.

„Quo vadis” będzie… Wyrazistym widowiskiem o dużej zbiorowości i wielu zadaniach ruchowych. Głęboka treść, żarliwa muzyka, ten zespół oraz piękna scena dadzą, mam nadzieję, oszałamiające przeżycia. Ruchowo - mogę powiedzieć, że scenariusz porusza we mnie skrajne emocje. Z jednej strony obrazy, które widzę są zmysłowe i opowiadane klasyczną techniką tańca jazzowego, zaś z drugiej - poruszające treści opowiadane kierunkiem teatru tańca. Jest to trudne pytanie, ponieważ proces tworzenia, kolejna próba i serducho jakie wnosi ta obsada codziennie mnie unoszą i dają nowy obraz. Za nami kilka prób reżyserskich i choreograficznych, które cieszą serce i potwierdzają wyjątkowość projektu. Na co dzień twardo stąpam po ziemi i lubię mówić o tym co jest, ale niechętnie zdradzam swoje wizje. Po prostu trzeba przyjść i to zobaczyć, a jakie będzie...? Pozostawiam opinii dla mnie najważniejszej - widzów.

Gdybym nie związał się z tańcem byłbym… Kucharzem! Uwielbiam gotować. Zadowalanie podniebień najbliższych sprawia mi ogromną przyjemność. Kuchnia mnie uspokaja, pozwala na improwizację i szukanie nowych smaków. Jakaś mała tawerna w Grecji, ludzie i uśmiech, tak by mogło być:) Choć tak naprawdę nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś poza tańcem. Mama widziała mnie jako adwokata -czemu nie, haha:)

rozmawiali Mateusz Pietrzak i Sylwia Firańska-Drzymalska

Artykuły: Muzyka
IMG_9646.JPG

"Teatr mój widzę" bezpieczny

 (Nie)zwykły dzień


    Jest godzina 17:15. Wchodzę do teatru, witam panów na portierni, zabieram klucz do garderoby i kieruję się do niej. Mam jeszcze sporo czasu. Zaparzam kawę, rozśpiewuję się, wędruję do fryzjerek, charakteryzatorni, zakładam kostium i sprawdzam mikroport. Teraz już mogę cieszyć się spokojem i towarzystwem koleżanek co najmniej do próby dźwięku. Tak wygląda to u mnie zazwyczaj. Lubię te moją teatralną rutynę. Kocham mój teatr, pracę, garderobę i jej „mieszkanki”. Tym razem jest jednak inaczej. Nagle w teatrze rozlega się dźwięk syreny alarmowej, po czym z interkomu wybrzmiewa komunikat, by opuścić budynek teatru możliwie najkrótszą drogą i udać się na miejsce ewakuacji. Tysiące myśli kotłuje się w mojej głowie. Co się dzieje? Czy to tylko próbny alarm? Czy faktycznie jesteśmy zagrożeni? Zabrać ze sobą wszystko, czy wszystko zostawić i wyjść jak stoję? Gdzie są dziewczyny? Czy wszystkie już wiedzą? Czy już wyszły?  A widzowie? Przecież był już komunikat, że wchodzą na widownię! Czy wiedzą co robić i dokąd się udać? Szybko analizuję najkrótszą drogę do wyjścia. Ok. Do wyjścia służbowego muszę pokonać korytarz, zbiec klatką  schodową jedno piętro w dół i jestem. Zaraz, czekaj - mówię do siebie. Jak zbiegnę jeszcze jedno piętro, to miejsce ewakuacji mam właściwie pod nosem. Dobra, zaryzykuję. Udało się. Jestem na dolnym parkingu przy pracowni szewskiej, brama wjazdowa została już otwarta, więc mogę biec na plac przy Riwierze. Widzę, że część osób jest już na miejscu, inni zmierzają od wejścia służbowego. Śmieją się, palą, rozmawiają. Co za ulga- wszyscy są cali - kamień spada mi z serca. Ale co tak naprawdę się dzieje? Czy jedzie już straż pożarna? Chwilę później ktoś odbiera telefon, że możemy wracać do budynku, że to tylko czujka dymu i nic nam nie grozi. Prawie płaczę ze szczęścia. Widzowie, teatr i my jesteśmy bezpieczni, a spektakl się odbędzie. 

Od całej sytuacji mijają kolejne dni, tygodnie, miesiące, a we mnie ciągle pozostaje jakiś niepokój. Bo co, jeżeli któregoś razu alarm nie będzie fałszywy? Lub jeśli to nie budynek teatru stanie w obliczu realnego zagrożenia, a właśnie my - ludzie na scenie i widowni? 


 Danse macabre w Dubrowce 


       23 października 2002 roku w moskiewskiej dzielnicy Dubrowka wystawiano musical „Nord ost” na podstawie powieści „Dwóch kapitanów” Wieniamina Kawerina. Podczas spektaklu, około godziny 21:00, do teatru wtargnęli uzbrojeni czeczeńscy bojownicy. Wśród zakładników znalazła się zarówno obsada oraz obsługa spektaklu, jak i ponad 800 osób na widowni. „Schodzić ze sceny!… Od teraz wszyscy jesteście zakładnikami!.. Za każdego zabitego bojownika rozstrzelamy 10 osób”- ogłosił Mowsar Barajew - lider czeczeńskich napastników. Następnie teatr został zaminowany, wzdłuż ścian pojawiły się tzw. czarne wdowy, czyli kobiety w burkach po zęby uzbrojone w materiały wybuchowe. Na scenie wywieszono czarną szahadę, zażądano natychmiastowego zakończenia wojny w Czeczenii i wycofania stamtąd wojsk rosyjskich. Komuś z uwięzionych udało się zadzwonić do rodziny, komuś na numer alarmowy z błaganiem o pomoc. Wreszcie po kilkudziesięciu godzinach do teatru wpuszczono negocjatorów, którym zezwolono na dostarczenie wody i uwolnienie m.in. dzieci. Kilkoro aktorów i pracowników obsługi technicznej samodzielnie wydostało się z teatru. Pod pretekstem wyjścia do toalety z opresji uciekło kilka kobiet z widowni. Po tym incydencie poirytowani terroryści nakazali załatwianie potrzeb fizjologicznych na podsceniu przeznaczonym dla orkiestry. Dramat zamkniętych w budynku teatru ludzi trwał 57 godzin, po czym do akcji wkroczyły siły specnazu. Szturm rozpoczęto od wpuszczenia do budynku gazu usypiającego. Następnie wkroczyli antyterroryści i zabili napastników. Akcja odbicia teatru z rąk oprawców została okrzyknięta sukcesem. Niestety, w wyniku zatrucia gazem, którego rodzaju ani składu nie przekazano do informacji lekarzy mogących podać antidotum, zginęło około 130 zakładników. Nieoficjalnie mówi się nawet o 300 ofiarach. 


Spokojnie, ale świadomie


       Choć od tamtych tragicznych wydarzeń w moskiewskiej Dubrowce minęło ponad 20 lat, ówczesny problem wydaje się niepokojąco aktualny. Rzecz w tym, że dzisiaj terroryści wcale nie muszą być zamaskowani, a bomba to nie czarna kula z lontem. Zwłaszcza w dobie cyberprzestępczości. Jesteśmy narażeni na każdym kroku, na każdej płaszczyźnie, a w naszym kraju do końca maja obowiązywały kolejno: stopień alarmowy Bravo, dotyczący zwiększonego i przewidywalnego zagrożenia o charakterze terrorystycznym oraz Bravo - CRP dotyczący zagrożenia cyberterroryzmem. Powyższy artykuł nie ma na celu wzbudzania strachu, a jedynie uświadomienie sobie, że żyjemy w niepewnych czasach. Ma zachęcić do aktywnego udziału w próbnej ewakuacji, zapoznania się z procedurami postępowania w sytuacjach zagrożenia, drogami ewakuacyjnymi oraz miejscem zbiórki. Wszystkich pracowników teatru oraz Was - drodzy widzowie. Ma uczulić, że każdy obcy człowiek lub nieoznakowana przesyłka w progach naszego teatru to potencjalne niebezpieczeństwo dla nas samych, naszej widowni, kolegów i koleżanek z pracy. Dbajmy o siebie i innych. Bo ten teatr to nasz drugi dom. A w domu chcemy czuć się bezpiecznie.


Iza Pawletko

Artykuły: Tekst

Z szuflady Deskiewicza

(limeryki z artystycznej przeszłości naszego szczupłego aktora, które faktycznie przechowywał latami w szufladzie, ostatnio odnalazł, z odrobiną wahania wyciągnął i postanowił pokazać światu;)

Znany reżyser co nosi Ray Bany

w Olimpii Szuwar był zakochany.

A inspiracją była do tego,

by mu się lepiej robiło „Złego”

i znów za spektakl był wychwalany.



Rysunek - Hanna Gregor

Zrzut ekranu 2024-06-05 o 16.43.10.jpeg
Artykuły: Witaj
IMG_9648.JPG

Gdyńskie szlaki polskiego musicalu


…saga musicalowa w odcinkach;)

Kiedy w 1958 roku Danuta Baduszkowa przybyła na Wybrzeże, aby tworzyć od podstaw Teatr Muzyczny, miała już zapewne jasny plan działania. Wywodząca się z teatru dramatycznego reżyserka nie mogła pogodzić się z panującą w operetkach sztampą i aktorską miałkością. Pierwsze kroki stawiała w Operetce Gliwickiej i już wtedy swoje sukcesy zawdzięczała wyczuciu aktorskiej materii i stawianym przed wykonawcami wymaganiom. Miała dobre rozeznanie w tym, jak wygląda teatr muzyczny na zachodzie. Posiadając gruntowne wykształcenie muzyczne umiała doskonale wyczuć dramaturgię dzieła. Była jednak realistką i zdawała sobie sprawę, że po pierwsze zachodni współczesny repertuar musicalowy jest poza zasięgiem polskich teatrów, a po drugie trudno zgromadzić w jednym teatrze odpowiednio sprawnych i wyszkolonych wykonawców. Dlatego postanowiła iść własną drogą, w którą zabrała swój gdyński teatr i niebawem studio, które stworzyła, ażeby przygotować wyjątkowy w skali kraju zespół. Drogą tą teatr nasz nadal podąża.


Pierwsze lata działalności Teatru Muzycznego (Baduszkowa była pryncypialna co do nazwy i nigdy nie chciała się zgodzić na Operetkę) to walka o uznanie władz, środowiska i przede wszystkim widzów. Każdym tytułem musiano udowadniać, że ten rodzaj sztuki jest potrzebny, akceptowany i wyczekiwany. Dlatego Baduszkowa sięga do tytułów sprawdzonych, dających gwarancję sukcesu. Zarzuty, z którymi musi się mierzyć dotyczą zazwyczaj niskiego poziomu sztuki aktorskiej. Teatr wspiera się gościnnymi aktorami, korzystając często z kadr Teatru Wybrzeże, z którym dzieli w pierwszych latach siedzibę przy ulicy Bema w Gdyni. Z tego okresu odnajdujemy pierwszy polski ślad – „Paziowie królowej Marysieńki” (1960r.). Reżyserii podejmuje się rezydujący na Wybrzeżu Zdzisław Maklakiewicz. Odziera on libretto pochodzące z 1864 roku ze zbędnych tekstów (jak pisała prasa – wymagających aktorstwa), dając wykonawcom kwintesencję sensu. Nie mniej jednak dzieło nadal pozostało operą komiczną i trudno doszukiwać się w nim znamion musicalu. Kolejnym polskim śladem jest operetka z 1939 roku pt. „Panna wodna”. Libretto w stylu przedwojennych filmowych romansów tematyką jest bliskie Gdyni – miastu z morza i marzeń – i jej morsko portowych konotacji. Baduszkowa reżyseruje spektakl w swoim teatrze w 1961r. po sukcesie w Łodzi (1960). Warto wspomnieć, że z każdej takiej „artystycznej podróży” przywozi do Gdyni prezent w postaci nowych artystów. Trzeba przyznać, że pierwsze dziesięć lat w życiu młodego teatru i braki kadrowe są dla Szefowej (tak ją wszyscy nazywali) trudnym czasem. Dlatego postanawia dokonać spektakularnego zwrotu, który zaważy na dalszym życiu i pozycji teatru. W 1966 roku Baduszkowa otwiera swoje Studio Wokalno-Aktorskie. Na początku „na dziko”, kierując jako kadry szkoleniowe swoich najlepszych artystów, a także angażując się sama w proces nauczania, potem rozszerzając działalność i grono pedagogów o najlepszych aktorów i śpiewaków Wybrzeża. Z wykładami przyjeżdżają do Studia również autorytety z Warszawskiej PWST. Teatr jest już po kilku udanych próbach zmierzenia się z musicalami zza żelaznej kurtyny. Rok po premierze polskiej w Poznaniu Henryk Kwaskowski reżyseruje w Gdyni My Fair Lady (1965) a rok przed jubileuszem teatr wystawia polski musical „Dama od Maxima”(1967) w reżyserii Długosza z muzyką Sielickiego i librettem Marianowicza. Jest to dość udana próba przełożenia na język musicalu znanej już ze scen dramatycznych komedii Georges’a Feydeau. Na jubileusz dziesięciolecia teatru Baduszkowa wspólnie z Korczakowskim pisze libretto musicalu „Madagaskar”(1968). Muzykę komponuje R. Damrosz. Spektakl zbiera dobre recenzje: „Teatr Muzyczny w Gdyni manifestuje, że stać nas na tworzenie własnych utworów scenicznych z gatunku muzycznego. Mało tego, sam wystawia próbę własną, za którą oby poszły inne. Przedstawienie przygotowano bardzo starannie. Widać, że reżyserowała go współautorka Danuta Baduszkowa”. No i rozwiązał się worek kolejnych prób i dowodów na to, że potrafimy – po swojemu, po polsku. Baduszkowa nawiązuje współpracę z lokalnymi twórcami, starając się skupić wokół teatru najlepszych twórców Wybrzeża. Owocem tej współpracy w kolejnym roku jest musical „Kaper Królewski”(1969) z muzyką Jana Tomaszewskiego do libretta Dejczera i Kasprowego.  Akcja spektaklu rozgrywa się w XV wiecznym Gdańsku, a wśród bohaterów odnajdujemy wiele historycznych postaci. Ciekawostką jest to, że fabuła zawiera przepowiednię Wirydy, roztaczającą przed królem wizję przyszłości, której znaczącym elementem jest wizja Brodwayu. Tak oto do historyzującego spektaklu wkrada się wspaniała scena rodem z współczesnego Brodwayu, którą dziś (z perspektywy lat) możemy uznać za proroctwo w dużej mierze spełnione. Od dawna wszakże przylgnęło do naszego teatru miano Brodway nad Bałtykiem. Za ciosem idą kolejne tytuły polskich twórców. „Wygnanie z raju”(1969) z muzyką Komedy-Trzcińskiego i Abratowskiego, „Diabeł nie śpi”(1970) Sielickiego i Marianowicza, „Karuzela”(1971) z muzyką Kierskiego i librettem Jareckiego. 71 rok przynosi kolejną polską prapremierę. „Kariera Nikodema Dyzmy” to adaptacja znanej powieści Dołęgi-Mostowicza dokonana przez spółkę Hundziak (muz.) i Powłocki. Spektakl cieszy się dużym powodzeniem. Reżyseruje Jan Wodzyński. Tytuł ten przechodzi przez wiele polskich scen, by w 2007 powrócić do teatru na Bema 26. Ale już w innej adaptacji – z muzyką Korcza i tekstami Młynarskiego. Rok 1972 przynosi na afisz wspaniały tytuł. „Pan Zagłoba” to musical czerpiący wprost w sienkiewiczowskiego pierwowzoru. Muzyka Blocha i libretto Maciejewskiej daje Baduszkowej możliwość kolejnego pokazania reżyserskiego kunsztu. Krytyka docenia zrównoważone aktorsko role, z których żadna nie szarżuje i nie epatuje zbytnim komizmem. Uznano to za przejaw dyscypliny, którą w zespole zasiewa reżyserka. Jest to jedna z pierwszych recenzji, w której tak pozytywnie, wręcz entuzjastycznie wypowiadano się o kreacjach aktorskich i umiejętnościach całego zespołu. Być może, że to jest właśnie ten moment zwrotny w historii gdyńskiego teatru, w którym owoce przynosi Studio Baduszkowej. Dwa lata wcześniej szkołę opuszczają pierwsi dyplomanci. Opuszczają szkołę, ale nie teatr. W studio uczą się kolejne roczniki. Niektórym czas ten się wydłuża, ponieważ dyplom przyznaje specjalna komisja powoływana przez ministra kultury. Niestety na początku nie każdego roku ją powoływano. Baduszkowa ma wreszcie zespół, który sprawnie realizuje jej wizję współczesnego teatru muzycznego. W tym samym roku Zbigniew Bogdański reżyseruje „Majcher Lady” – musical Derfla i Marianowicza. Każdy rok przynosi interesujący tytuł. 1973 – „Machinę wierności” Korcza, Panasiewicza i Dulęba oraz Jubileusz w Teatrze Muzycznym. „Madagaskar”i „Dziennik Bałtycki” - 1968. „Czarującą szewcową” Miliana i Staszewskiej (wg. Powieści Lorci). W tym samym roku teatr użycza swojej gościny zespołowi Wojtka Kordy (Niebiesko Czarni). Na scenie gdyńskiego teatru ma miejsce prapremiera musicalu „Naga”, którego pierwowzorem był słynny „Hair”. Kolejnym wydarzeniem tego roku jest bardon żołnierski „Pancerni i pies”. Scenariusz opracowują państwo Przymanowscy, muzykę pisze Konowalski, a reżyserią zajmuje się sama Baduszkowa. Sukces jest murowany już w samym zamyśle. Są to bowiem lata szalonej popularności serialu o czterech pancernych. W spektaklu, podobnie jak w filmie, ku uciesze młodszej widowni występuje żywy owczarek. Takie połączenie musiało przełożyć się na sukces frekwencyjny. Bilety rozchodzą się błyskawicznie. Kolejny rok to „Przygody Sindbada Żeglarza”(1974) z muzyką Miliana w adaptacji i reżyserii Straszewskiej. „Madam Sans-Gene” ma premierę w Gdyni w 75 roku w reżyserii Ronczewskiego (aktor teatru Wybrzeże, był też wykładowcą Studia). Tytuł ten powróci w 1983 roku w reżyserii Jerzego Gruzy.

Aż do śmierci Danuty Baduszkowej w 1978 roku teatr daje co najmniej jedną polską premierę w sezonie. Inspiracje pochodzą z bajek dla dzieci („Baśń o grających jabłkach” 1976, „Dwie księżniczki” 1978), regionalnych legend („Fontanna z Neptunem” 1976), czy adaptacji literatury („Nasz człowiek w Hawanie” 1978).

c.d.n.


Jacek Wester

Więcej informacji
Artykuły: O nas

Alfabet
Teatru
Muzycznego

S – jak sufler


W naszym teatrze sufler to osoba, której młode pokolenie aktorek i aktorów nigdy nie widziało a stare dziady mogą o nim jedynie pomarzyć lub powspominać, choć z powodu wieku ktoś taki przydałby się im zapewne. Kiedyś to byli suflerowie ha! I to jacy! Znali swoje rzemiosło i aktorów na wylot. Wiedzieli gdzie stanąć tak, żeby aktor nie musiał szukać ich od portalu do portalu. Umieli podpowiadać ciepłym niskim tembrem głosu, który nie rzucał się w ucho widza. W songach umiejętnie potrafili wstrzelić się z podpowiedzią między muzyczne frazy. Gdy było to możliwe zachowywali kontakt wzrokowy z delikwentem, który potrzebował pomocy i na rozpaczy błysk w oku przychodzili z odsieczą. W innych teatrach może nadal tak jest. Ech Ewuniu, Halinko… Gdzie jesteście dziewczyny? Z wami było jakoś bezpieczniej i nawet dało się śpiewać songi, które miały kilkanaście zwrotek. Znałyście przecież słabe miejsca i wiedziałyście kiedy podpowiedzieć. To była prawdziwa sztuka. Sztuka podpowiadania. Dziś mamy sytuację zero jedynkową. Albo umiesz i jest ok, albo nie umiesz i jest… dziura, pauza, cisza.

Cisza. A muzyka grała dalej…


Jacek Wester

Artykuły: Tekst
bottom of page